piątek, 22 sierpnia 2014

Kuchenne rewolucje.

Przepadam w kuchni. Pośród mgły znad garnków, zapachów z patelni, pomiędzy miękkością krojonego mięsa, zielonością cukinii, żółcią curry, pomiędzy sokiem z pomarańczy, spływającym po palcach a słodkością późnoletnich malin. 
Dotykam, smakuję, chłonę zmysłami. 
Smakuję ust słodki smak, pod palcami wyczuwam delikatność skóry, wącham całą sobą zapach ciała obok, językiem kosztuję nowych smaków, wciąż zaskakujących, uderzających nowością, pysznością, egzotyką i improwizacją w tworzeniu dań. 
Poznaję całkiem nową kuchnię, trochę znajomą, trochę pełną zaskakujących możliwości, łączenia smaków, przypraw, składników. 
Wciąż się zakochuję. 

Wciąż z lękiem, wciąż niepewnie, ale nieprzerwanie dążąc do zapewnienia sobie smacznego jutra. 


ps. wciąż gotuję się ze złości, na wspomnienie tego, co zrobiłaś. 

piątek, 6 czerwca 2014

Idę

Idę dalej w objęciach wiosny, trzymając nową perspektywę za rękę. Kochając się wieczorami i budząc koło namacalnego, ciepłego ramienia, zakochuję się ostrożnie i krok po kroku, odkrywając kolejne warstwy siebie, robiąc niespodzianki i dostając prezenty. Uczę się nie bać przyszłości i polegać na danym słowie. Pozwalam Mu na inicjatywę, ciesząc się jak dziecko, gdy razem skaczemy po pasach. Gram nowe rytmy na swoim basie i wystukuję obcasem nowe melodie. Palcem wodzę po jego ślicznych ustach i wtulam nos w pachnącą szyję. Pozwalam się objąć ramieniem i opatulić bluzą, gdy zimno. W godzinie przytulania przepadam z kretesem i daję się uwieść dbaniem o mnie. 

Obyś nigdy nie poznała ogromu krzywdy, jaki mi przyniosłaś, lęków, które pozwoliłaś nagromadzić i smutku, przez który przekopuję się teraz do słońca. 

Widzę teraz, że wartość milion razy większą ma to, co nie wymyślone, ale prawdziwe i pod palcami wyczuwalne. Szkoda, że tyle czasu czekałam. 

Idę. 


"Nie myśl o nim źle, nie myśl o nim czule, kiedy go zobaczysz odwróć się i idź. "

niedziela, 18 maja 2014

Bezsenne noce i wiosenny świr czyli muszę wymacać świat.

Nie śpię dobrze. Budzę się często, przepadam w dziwnych snach, gdzie śnią się ci, co tu i teraz. Witam świt herbatą i tostami, drzemię, słuchając budzących się ptaków, patrzę na poranne mgły i noce rozmyte w deszczu światła. 
Odnajduję siebie, drobiazgi, które robiłam, poupychane w szufladach, szafkach, pod oczekiwaniem na lepszą przyszłość i smutkiem rozczarowania. 
Wracam do przeszłości "sprzed", idę do przyszłości "po". Znów cieszę się ludźmi, rozmową, smażonymi wspólnie naleśnikami, mizerią z cukrem i miękkim kocem pod policzkiem. Skaczę przez klocki i wymyślam bzdury, tworzę nowe historie i nowe przestrzenie. Poznaję Pumę i Klockowego Ludzika, szukam szczęścia w tajemnym sejfie i wilgocią pachnącej kawalerce. Biegnę po ulicach, żeby zdążyć, śmieję się głośno w klepie z zabawkami i wymyślam małe prezenty, inspirujące twórcze zapędy po drugiej stronie. 
Tańczę rano w szlafroku i gram wieczorem na gitarze. 
Wychodzę z szafy, choć wciąż się boję i wciąż zadaję sobie pytanie, czy mogę zaufać i czy to, co widzę, jest prawdą. Im bardziej czuję świat pod palcami, tym bardziej się ośmielam. 


niedziela, 11 maja 2014

do P.

"Kiedy ktoś, kogo kochasz, umiera, i to niespodziewanie, nie odczuwasz straty natychmiast. Tracisz tego kogoś kawałek po kawałku przez długi czas - w miarę jak przestaje do niego przychodzić poczta, jak wietrzeje zapach jego perfum na poduszce oraz ubrań w szafie i  szufladzie. Stopniowo gromadzisz fragmenty, które odeszły. Wtedy właśnie nadchodzi ten dzień - ten dzień, gdy brakuje ci szczególnie jednej konkretnej cząstki i przytłacza cię uczucie, że ta osoba odeszła na zawsze, a potem nadchodzi inny dzień i odczuwasz szczególny brak czegoś innego. " 
John Irving, Modlitwa za Owena. 


sobota, 10 maja 2014

sobota rano

Noc cicha i ciemna. Czujnie przeleżana, w bałaganie myśli i uczuć. Herbata o 3.00 nad ranem, kanapka o 7.00 rano. Drzemka, niespokojny sen. Drżenie rąk i pływający telefon w wannie. Trudny sobotni poranek, między kroplami deszczu na szybie, szumem suszarki, smutnym dźwiękiem dzwonka. 

Rozbita i pełna niepokoju czekam na popołudnie, które zajmie myśli, dłonie i przestraszone oczy. 



czwartek, 8 maja 2014

cebula

Obieram siebie, jak cebulę, z kolejnych warstw, rozlewając łzy na około. Kapią na dłonie, spływają po palcach, wprost na łupiny mojej przeszłości. 
Skrupulatnie, jak pod mikroskopem, oglądam je i precyzyjnie zapisując wynik,  załamuję ręce nad kolejną porażką badawczą. 

Tylko śpiąc nie można schrzanić niczego. 


poniedziałek, 5 maja 2014

gdzieś pomiędzy wtedy a teraz



* * *


Przemarznięte dłonie grzeję w pianie, przewracam kolejną stronę, zagubiona próbuję dopłynąć do brzegu wanny. Opieram policzek na swojej dłoni, która mocno trzyma się krawędzi. Tak chwiejna jest teraz moja równowaga. Łzy trwają wciąż w pogotowiu, na baczność z tyły oczu się czają. Czekam na sen i wtedy cicho łkam w poduszkę, żeby nie obudzić nikogo. 
Rozglądam się i patrzę i chcę więcej i dużo dobrego, objąć, przytulić, zanurzyć się pomiędzy ciepłym gestem, dowcipem, słowami, które czytam; namacalnie wreszcie móc sobie być i odetchnąć głęboko i zasnąć spokojnie, bez oczekiwania, bez lęku, bez poczucia braku i tęsknoty.