niedziela, 27 kwietnia 2014

sto lat i karciane sztuczki

Z małych fotografii tkam rzeczywistość, układam je w siatkę drobnych spojrzeń, zapisanych na skórze, w zapachu, pod językiem, na palcach. Zatapiam się w sennej rzeczywistości, przesnutego za mgłą niewyspania dnia, uśmiechając się do nocnych wspomnień. 
Rejestruję fakty i powstrzymuję się od pisania scenariuszy, których wiele wersji ciśnie się z tyłu głowy, odganiam je jak owady nad wodą, zamykam oczy i w ciszy rozpływam. 

Pozwalam sobie tęsknić, przyglądając się swojej tęsknocie, rejestrując jej chropowatą fakturę, wilgotną od łez, wypłakanych wcześniej. 

"miało być tak pięknie
miało nie wiać w oczy nam
i ociekać szczęściem, 
miało być sto lat sto lat"


Zapraszam nowych ludzi pod powieki, w zakamarki pamięci, pomiędzy zmarznięte dłonie, między kłaczkami dywanu, szukając kart, z których chcę wywróżyć magiczną sztuczką świetlaną przyszłość. 

sobota, 26 kwietnia 2014

***

"Czarodziciele sami sobie kształtują przeznaczenie. Lekko tylko dotykają ziemi."
Terry Pratchett, Czarodzicielstwo


Dziś lubię deszcz.

czwartek, 24 kwietnia 2014

curry/kamień/całość

Palce pachnące curry, kojący głos w telefonie, ciepły, miękki koc otulający bose stopy, przedramiona pachnące pistacjami, rozedrganie wewnątrz, uspokajające się na noc. Jak kręgi na wodzie rozchodzące się powoli ku brzegowi, dobijam na stały ląd. Przemoczona łzami leżę na legowisku, susząc policzki i włosy. Dwa kamienie w dłoni, czuję ich gładką powierzchnię, rozgrzaną od uścisku, mocno zaciskam na nich palce, pachnące curry mimo kąpieli. 
Rozpadam się i sklejam od nowa, rozpadam się i przetasowuję, rozpadam się i tworzę wciąż nowe kształty jak w kalejdoskopie. Rozpadam się po raz kolejny i próbuję złożyć w całość. 

"and now it's time to leave and turn to dust"


***


"My love is gone, left me with both empty hands"

Spłakana kładę się spać w dzień, nie mając siły na razie na więcej. Nie udźwignę. 
Obejmuję się mocno własnym ramionami i, łkając bezgłośnie, wtulam twarz w poduszkę, śniąc i pragnąc uwierzyć sobie i światu od nowa. 

środa, 23 kwietnia 2014

ręce opadają, żołądek się buntuje

Przywiozłam w różowej walizce więcej smutku i rozczarowania. 
Ciało dziś mnie zawodzi. Prowadzi przez mlecze, z zawrotem głowy, opuchnięciem od środka i rozregulowanym żołądkiem, czego nawet nie mogę zwalić na nadmiar jedzenia czy jakoś szczególnie ciężką dietę.
Rozpulchnione chmury napęczniałe deszczem od czasu do czasu przemywają chodniki. 
Rezygnuję z planów popołudniowych na rzecz wieczoru w domu, dla dobra układu trawiennego i własnego spokoju. 
Radio w kuchni, odkurzone, przywleczone ze składzika, gra niegłośno. Kolejna książka skończona. 47. Dobry wynik, oby tak dalej. 
Dobrego humoru ze świecą szukać. Mimo dobrych lekcji, owocnej próby, smakowitej lektury czuję smutek rozczarowania światem, ludźmi, obecną tęsknotą za czymś nieuchwytnym, za czymś co przeminęło, co ledwie palcami dotknęłam, czego nie schwyciłam, bo wyślizgnęło się i gdzieś dalej poleciało. 
Te wszystkie, co moje, układam w sobie, przekładam, robię bałagan, wywracam do góry nogami, piorę, zmieniam szuflady, półki, pudełeczka i walizeczki. 
Bardziej dotyka teraz świat - czuję mocniej i więcej, a wrażliwość na to, co przykre i złe, jest większa we mnie i mniejszą mam przestrzeń tolerancji. 

Nie mogę wyleczyć obgryzionych skórek. 


wtorek, 22 kwietnia 2014

Kroki w Chmurach

Nie wiem sama, kiedy ta wiosna przyszła. Nagle wszystko się zieleni, się kwitnie, się rozwija, płoży, rośnie, wychyla, wygląda. 
Nie wiem sama, kiedy stanę pewnie na dwóch nogach. Wciąż chwiejnie chodzę, wciąż niestabilnie, wciąż chybocząc się, stawiam kroki, próbuję podbiec i gdy już wydaje mi się, że dam radę, że mogę się rozpędzić, potykam się. Opieram się dłonią o ścianę, o przyjaciół, o drugą dłoń. 
Przystaję, patrzę w niebo, chmury jak malowane, kłębią się, rozsnuwają powoli, w słońcu lśnią. Uśmiecham się do chmur. I opuszczam wzrok i patrzę znów pod nogi, delikatnie stawiając następny krok. Idę znów przed siebie. Powoli. Krok po kroku. Nie będę na razie biec. Chodź coś ciągnie i gna, chcę iść, w równym tempie, bez pośpiechu, bez gonitwy. 

"Jestem panią samej siebie, ale nie zawsze panuję nad sobą." 
Jeanette Winterson, Wolność na jedną noc.


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Wiosenne uczulenie

Uciekam z dziećmi do lasu. Kryję się pomiędzy drzewami, w sekretnej bazie, buduję szałas i wącham mech. Przenoszę się w inny świat, słucham bzyczenia bąka, szumu wiatru w suchych gałęziach, odległego szczekania wiejskich psów, głosów dzieci, budujących alternatywną przestrzeń wokół mnie. 
Uciekam od dorosłych, od napięcia, od nagłego ataku głosem, od niewypowiedzianych, wiszących w powietrzu słów, od ciszy, która ciąży, od pustki wokół mnie. 
Zatapiam się jak elf w szarościach lasu, pomiędzy igliwiem a mrowiskiem. Z perspektywy robaczka, który pokonuje wielkie wzgórza ściółki, patrzę za siebie. 
Tęsknię.
Patrzę w zachodzące słońce i unoszę dłoń w geście pożegnania. 
Odwracam głowę i ocieram łzę rękawem. Ech, to wiosenne uczulenie...


sobota, 19 kwietnia 2014

Odpocznijmy


Powoli przyzwyczajam się
do swej nieobecności
powoli przyzwyczajam się
do swej obojętności
Czasami sobie myślę, że
Oj, lepiej byłoby by
gdyby nie było mnie
A może nie?
A może właśnie mylę się?
Wszystko czego pragnę czego chcę
spala się
Zanim wyciągnę po to ręce
spala się
(...)
to tylko jedno tylko proszę Cię

Odpocznijmy
połóżmy się
zapomnijmy



Słońce/Łzy/Boski

Świat wydaje się pachnieć i wyglądać inaczej na święta. Okna lśnią jakoś bardziej, odbijają światło czystości i wypolerowania, bozia powinna być zadowolona, że będzie mogła zaglądać do domów wiernych, nie wypatrując ich pomiędzy plamami, smugami i oddeszczowym kurzem. 
Pachnie też inaczej - słodko, cukrem, miodem, mąką, pieczonym ciastem i innymi domowymi sposobami na nakarmienie bozi. 
Wiosna też jakaś bardziej strojna się wydaje. 

A ja pamiętam dwie ostatnie wielkanoce. Obie smutne, z rozczarowaniem w tle, chowające się w ramionach tego, który nie istniał. Wierzyłam w Niego trochę tak, jak inni wierzą w bozię. Rozmowy na odległość, pisanie, dzielenie się sobą z kimś w mojej głowie - jak boskie cuda. 
Upadek boga z wysokości dla każdej ze stron jest bolesny - i dla boga i dla wierzącego. 
Nie chcę wierzyć w boga. Chcę wierzyć w ludzi. Żyjących, namacalnych i na wyciągnięcie ręki. 

Pakuję rzeczy do różowej walizki. Pomiędzy ciepłym swetrem i pidżamą wkładam łzy. Ostatnio często z nich korzystam. Może tą razą uda się nie. 


It's been a long cold lonely winter
(...)
It's seems like years since it's been there"

czwartek, 17 kwietnia 2014

50 minut

50. minutowy strumień łez. Nieprzerwany płacz odmierzany kolejnymi minutami. Zapuchnięte powieki, okulary przeciwsłoneczne, brak makijażu, którego nie warto było narażać na natychmiastowe zniszczenie. Żmudne przedpołudniowe przedzieranie się przez firanki smutku, zwisające smętnie żale, ukryte pajęczyny lęków i odkrywanie zaprzeszłej przeszłości w kątach pełnych kurzu minionego czasu. Męcząco. Wyczerpująco. Trudno. 
Spacer po wiośnie. 

Dziękuję Ci A. za muzykę, która gra mi w uszach.
Dziękuję Ci A. za rozmowę, która mnie rozbawiła.
Dziękuję Ci M. za zaproszenie i babę wielkanocną i ładne widoki popołudniowe i zaufanie, którym mnie obdarzasz. 


"You're not alone, Dear Loneliness, I forgot that I remember this"

środa, 16 kwietnia 2014

Czas

Po raz pierwszy od dawna nie myślę o czasie, nie czuję jego kapiącego upływu. Po raz pierwszy od dłuższego czasu wracam do domu z radością, pod palcami wyczuwając, emanującą z wnętrza mojej torby energię, wysyłaną przez prezent-niespodziankę. 

Otulam się dźwiękami w domu, rozkoszuję brzmieniem każdej nuty, chrapliwym tonem głosów, przenikliwością słów, gestem pamięci, ciepła, zadbania. Zapominam o czasie, nie patrzę na zegarek, ustalam rytm popołudnia spontanicznie, gładko wchodzę w wieczór, rytuały przedspaniowe wykonuję, z lekkością, spokojem, nieśmiało wyglądającym z kolażu na szafie bezpieczeństwem. 

" I chciałbym też tak to poukładać
poskręcać, posklejać lub zbić (...)
i myślę, że byłoby dość miło
gdybym tak mógł dokonać kiedyś sam
takiego coś, co by zachwyciło
lecz ile jeszcze żyć mam?"
Ile jeszcze życia, Wojciech Waglewski


do Nocy

Droga Nocy

Nie zostawiaj mi w pamięci snów. Zabierz ode mnie obrazy z chwilą, gdy tylko otworzę oczy. Nie każ mi wracać do przeszłości. Nie pokazuj tego, co wiadomo, że się nie spełni, nie wódź mojej wyobraźni na manowce. 

Noszę w sobie obrazy, które mieszają się w snach, nakładają na siebie wzajemnie, przeplatają, tworzą nowe, jak fotografie, jak klisze nieodbitych zdjęć tasują się podczas snu. 

Obudzona  z poczuciem niespełnienia, osnuwającej mnie, jak mgła, tęsknoty, ze smutkiem w oczach i sennością w głowie. Przemieszczam się po świecie, nie wiedząc, czy to dalej sen, czy już nie. 

Droga Nocy, odejdź i pozwól mi, proszę, spać w spokoju. Dość obrazów z rzeczywistości, żeby jeszcze mieszać je z sennymi wyobrażeniami niespełnionych marzeń. 


wtorek, 15 kwietnia 2014

deszczowy wtorek

Deszczowy wtorek w mojej głowie, jak parasolem chronię się przed płaczem dobrymi myślami, otulam w ciepłe spojrzenia, drobne gesty, krótkie wiadomości z uśmiechem, przelotny dotyk przyjaznej dłoni. 
Słucham, patrzę, mimo zapadanych okularów staram się dostrzec świat poza nimi, który rozkwita i wybucha zielonością, jest na granicy eksplozji wszelkich swoich kolorów, dźwięków, kształtów. Krople ściekają po szkle, przecieram je szarym rękawem, wszystko wokół staje się rozmazaną plamą, z której może powstać wszystko. Blokuję dostęp lęku do siebie - świat nie jest zły. Tylko dziś bardziej trudno znieść mi deszcz. 


" Hey, window pane
Tell me, do you remember
How sweet it used to be"

sobota, 12 kwietnia 2014

Złość/Spokój/Miłość

Złość przepływa pod powierzchnią skóry, wibruje we włosach na przedramionach, w zagłębieniu łokcia pulsuje wraz z tętnem. Rozedrganie irytacji wszechobecne w oddechu - krótkim wdechu i syczącym wydechu. Kropla za kroplą przesącza się przez naczynia włosowate, drżąc w stopach i podbijając każdy krok mocniejszym uderzeniem pięty o chodnik. Pod paznokciami tkwi, znacząc swój ślad ponadrywanymi skórkami, nierówno przyciętymi paznokciami, czerwienią krwistych zadarć naskórka. 

Wącham biblioteczną książkę i jej zapach uspokaja mnie. Oddycham głębiej, wspomnienie ciśnie się do głowy, nas zanurzony pomiędzy kartkami chłonie przeszłość - wielu rąk czytających te strony, wielu domów, w których leżała, perfum, smażonych kotletów, plecaków z okruszkami kanapek, kieszeni wilgotnych płaszczy, zwierząt, których fragmenty sierści skryły się między literami. Zapach nieżyjącej już ciotecznej babki, która przynosiła książki z biblioteki, pachnące tak samo jak ta, jak wszystkie książki z biblioteki, ze zmiękczonymi brzegami kartek i żółcią w środku. 
Uspokajające zapachy kąpielowe przenikają się - kwaśna woń mydła, odświeżająca płynu do kąpieli, a wszystko to podsycane słodkim kwiatowym aromatem świeczki. Wciągam te zapachy głębokim wdechem, walczącym o więcej powietrza w płucach, i próbuję poczuć je wszystkie, jak smak na języku. Oddzielam je od siebie i nadaję im kształt w swojej głowie. 

Idę przez dworzec odganiając wspomnienia niedawne, wciąż świeże, podróży, które odbyłam, podróży, których nie odbyłam, na które czekałam, za którymi tęskniłam. Kwaśna woń podziemnych peronów, ciężki zapach podkładów kolejowych, kawa z pobliskiej kawiarni i mocz, sekretnie spływający tam, gdzie światłą dworcowych lamp gasną. 

Jadę w podróż, niedaleką, blisko tuż, w podróż po równowagę. Chociaż na chwilę, chociaż przez kilka godzin poczuć, że są rzeczy, które są, mimo zmian, upływu czasu, mimo niepewności jutra i zawirowań przeszłości, są. 


"Only hope can keep me together
Love can mend your heart
But love can break your heart"

czwartek, 10 kwietnia 2014

Strumień świadomości.

Splątane emocje, torba pełna żalu, złości i smutku. Ból odczuwany każdą komórką ciała. Ciało - moje, ale uczę się go od nowa, uczę się patrzeć na nie swoimi oczami i trzecim okiem, które należało do niego. 
Splątana, spleciona, zakręcona, zaplątana. 
Kolce róży ranią delikatne opuszki. 
Tak wciąż kręcę się w kółko i nie mogę znaleźć kierunku. I tak znów sama z tym wszystkim. A ja tylko chcę, żeby mi znów było dobrze. 
Połamane paznokcie, pozadzierane skórki, nerwowe dłonie pajęczymi odnóżami niespokojnie próbują odpocząć, podpierając raz policzek, inną razą brodę by za chwilę dotknąć ust i motylim skokiem spleść się jedna z drugą i pozwolić paznokciom bezwiednie szczypać samą siebie, oddzierając mnie samą po kawałeczku. 
Z całych sił się trzymam, żeby się nie rozpaść. 
Tak bardzo nie wiem, od czego zacząć. Gdzie jest początek tej robótki, na wpół sprutej już, z zaplątanymi nićmi uciekającymi pod stół, niewidocznie chowającymi się w koszu z resztą motków. 
Brak mi schronienia w Downton Abbey. Nie mam dokąd uciec i stają twarzą w twarz z rzeczywistością. Rozkwitająca wiosna atakuje niewidzialnymi wojownikami, odbierającymi te odrobiny radości z dobrej pogody. 
Słowa rozsadzają mnie od środka, wypływają strumieniami jak woda z rzygaczy na średniowiecznych katedrach; a ja nadal nie wiem, jak je ułożyć, żeby wszystko było na swoim miejscu. 
Jak obita po mordzie (obitym można być tylko po mordzie, nigdy po twarzy, twarz do tego nie pasuje nic a nic), padam na twarz (zgrabniej to brzmi, a zresztą,skoro obita morda, to niech chociaż mogę wyjść z tego z twarzą).
Nienawidzę wszystkiego i wszystko mnie irytuje. Złością podszyta, cała rozedrgana chodzę z przymrużonymi oczyma po świecie, póki nie zrobię nowych okularów. Stare oprawki w zgodzie z obecną moją rzeczywistością, powykręcane i obluzowane, w niczym nie pomagają.
Szukam na półkach mądrych książek i staram się słuchać ludzi, ale każdy mówi o sobie i na dłuższą metę niewielu gotowych jest słuchać. Odpycham ich od siebie ścianą płaczu i poczuciem braku zrozumienia. Lub udaję, uśmiechem przykrywam zaczerwienione oczy, zwalając na wiosnę opłakany stan spojówek. 
Znów zatrzymuję się i niepewnie rozglądam wkoło. 
Przykładam pięści do skroni, próbując wydobyć z resztek, niezatopionych łzami, odrobinę myśli. Nie nadchodzą. Niech sen nadejdzie. 

 


środa, 9 kwietnia 2014

Dobranoc

Robię pierścionek z łez i słucham deszczu za oknem. 
Znikam wraz ze słońcem i rozpływam się w wieczornych chmurach. 
Z wysokości mojego okna żegnam dzień. 

Dobranoc Świecie. 
Któregoś dnia znów przestanę się ciebie bać. 
Którego dnia przyniesiesz mi ukojenie i będę mogła zostawić cały swój żal. 
Rozpłynie się on w ciepłym powietrzu. Zniknie. Wchłonie się i odrodzi w nowej formie. 

Dobranoc Świecie. 
Bądź jutro.
Ja będę. Jestem jedyną stałą rzeczą w swoim życiu. 
Pora znów oprzeć się na Sobie. 

Dobranoc Świecie. 
Bądź piękny jutro i przynieś więcej słońca, żebym mogła osuszyć łzy w południe. \

Dobranoc Świecie.
Bądź dobry dla siebie i innych. 
Otul ich ciepłem i trzymaj mocno za rękę. 

Dobranoc.


Najpiękniejsze dobranoc na świecie.

***

Każda z nas ma swoje racje, racje każdej z nas pewnie są słuszne i dla każdej z nas najważniejsze. Nie chodzi o to, kto ma rację. Chodzi o to, że zrobiłaś mi krzywdę, nad którą nie potrafię przejść jednym, wielkim krokiem. Nie potrafię zrobić susa i zostawić za sobą wszystko, co boli. 
Tak strasznie chciałam. Próbowałam. I nawet wydawało mi się, że już to mam, że już za mną wszystko, że udało się. Ale to poczucie krzywdy, ale złość, świadomość życia złudnymi marzeniami, nieuczciwość sytuacji, lęk przed ponownym kłamstwem zbyt mocno przesączały się między moje myśli. Drapały od środka, skrobały cichutko, ale natarczywie. 

Poraniłam się swoimi potłuczonymi marzeniami. Nie można ich już posklejać. Jedynie mogę zacząć kolekcjonować je od nowa. 

Zawsze będziesz w moim życiu. Nie wyrzucę Piotra, bo go kochałam, a skoro on będzie istniał, to zaraz za nim będziesz i Ty. 

I wiem, co popchnęło Cię do tego, co zrobiłaś. Rozumiem tę motywację poniekąd. Ale nie rozumiem tego, że kochając mnie, pozwoliłaś samej sobie mnie ranić, brnąć nadal w tę nieprawdziwą opowieść. Tego, że nie skończyłaś nie potrafię zrozumieć. 
Ale - każda z nas ma swoje racje. Każda z nas ma swoje powody. Dla każdej z nas to, co nasze, jest najważniejsze. 

I nie przeczę temu, że otrzymałam sto dobrych rzeczy. Nie twierdzę, że tylko dawałam. Ale ostatecznie dla mnie, bilans, póki co,  jest ujemny. A ze stratą zawsze trudno się pogodzić. 

Szkoda, że to wszystko nie tak wyszło.


"Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz, ale w innym sadzie, w innym lesie"...

wtorek, 8 kwietnia 2014

LOVE STORY

Opowieść wydarzyła się całkiem niedawno.

Ona. Wciąż młoda, delikatna, wrażliwa, świeżo pozlepiana po zawieruchach ostatnich lat, poznaje Jego.
On. Młodszy, przystojny, śliczny, ładny, inteligentny, czuły, wrażliwy, empatyczny, dowcipny, całkiem absolutnie akuratny.
Szczęście w nieszczęściu, On jest chory. Może być, że śmiertelnie, choć ona nie dopuszcza do siebie tej myśli zbyt często. Chce być z nim mimo wszystko, licząc na nagrodę w postaci happily ever after.
Była z Nim codziennie, zmęczona, wypoczęta, smutna, wesoła, zajęta, rozleniwiona. Cienka nić łącząca ich na początku, stawała się coraz mocniejszą liną, liną splecioną z codziennych różności - rozmów, zdjęć, muzyki, milczenia, przyjaźni, miłości. Czekała, kiedy omdlewał, kiedy otrzymywał następną dawkę wyniszczających leków, kiedy Go bolało i kiedy dochodził do siebie. Cierpliwie czekała poprzez kolejne operacje, zabiegi, zmiany ośrodków leczenia. Z wyrozumiałością znosiła nie swój ból, który stawał się jej, z wyrozumiałością znosiła oczekiwanie i dawała przestrzeń na dojście do dobrych dla Nich wniosków, na dojście do zdrowia.
Przejmowała się swoimi i nie swoimi katarami, zaziębieniami, zatkanymi nosami, bolącymi stawami, posiniaczonymi dłońmi, utratą wagi, zmianą diety.
Przyjmowała kolejne dawki rozczarowania i cierpienia, swojego i nie swojego.
Z wrodzoną sobie delikatnością i potrzebą dawania komuś tego, co sama by chciała otrzymywać nie ciśnieniowała, nie nalegała, nie naciskała, ale tłumaczyła, prosiła, rozmawiała i liczyła na zdrowy rozsądek.
W swoich intuicyjnych kalkulacjach nie wzięła pod uwagę, że to wszystko może być kłamstwem. Nie wzięła pod uwagę, że ktoś mógł ją wykorzystać. Wykorzystać jej dobroć, cierpliwość, empatię, szacunek, ciekawość drugiego człowieka, gotowość pomocy, umiejętność opieki. Nie wyobraziła sobie, że może paść ofiarą cudzych potrzeb. Nie przewidziała, że ktoś może nabrać ją, wplątać w oszustwo, które bazowało na czerpaniu z Jej emocji. Na oszustwo, które w trakcie jego trwania, przysparzało cierpień, bólu, strachu, niepewności i rozczarowań. A które miały szansę nie zaistnieć w Jej życiu w takim nagromadzeniu.
Skończyło się na wielkim bólu i pogrzebaniu marzeń. Na roztrzaskanych nadziejach i zagubieniu.

Nadal nie pojmuje, jak można komuś zadać taki ból. Jak można mimo wszystko, przekroczyć granicę.
Wciąż jeszcze czuje ból, tym większy, że prawdziwie i szczerze zarówno kochała jak i doświadczała wszelkich trudnych i nieprzyjemnych emocji.
Płaci za to teraz powrotem na terapię i układaniem siebie na nowo.

Bo trochę jak żyć po takim kłamstwie?

To jak trzęsienie ziemi. Spod gruzów trzeba wydobyć to, co ocalało i odbudować dom od nowa, albo zamieszkać w nowym miejscu.