czwartek, 10 kwietnia 2014

Strumień świadomości.

Splątane emocje, torba pełna żalu, złości i smutku. Ból odczuwany każdą komórką ciała. Ciało - moje, ale uczę się go od nowa, uczę się patrzeć na nie swoimi oczami i trzecim okiem, które należało do niego. 
Splątana, spleciona, zakręcona, zaplątana. 
Kolce róży ranią delikatne opuszki. 
Tak wciąż kręcę się w kółko i nie mogę znaleźć kierunku. I tak znów sama z tym wszystkim. A ja tylko chcę, żeby mi znów było dobrze. 
Połamane paznokcie, pozadzierane skórki, nerwowe dłonie pajęczymi odnóżami niespokojnie próbują odpocząć, podpierając raz policzek, inną razą brodę by za chwilę dotknąć ust i motylim skokiem spleść się jedna z drugą i pozwolić paznokciom bezwiednie szczypać samą siebie, oddzierając mnie samą po kawałeczku. 
Z całych sił się trzymam, żeby się nie rozpaść. 
Tak bardzo nie wiem, od czego zacząć. Gdzie jest początek tej robótki, na wpół sprutej już, z zaplątanymi nićmi uciekającymi pod stół, niewidocznie chowającymi się w koszu z resztą motków. 
Brak mi schronienia w Downton Abbey. Nie mam dokąd uciec i stają twarzą w twarz z rzeczywistością. Rozkwitająca wiosna atakuje niewidzialnymi wojownikami, odbierającymi te odrobiny radości z dobrej pogody. 
Słowa rozsadzają mnie od środka, wypływają strumieniami jak woda z rzygaczy na średniowiecznych katedrach; a ja nadal nie wiem, jak je ułożyć, żeby wszystko było na swoim miejscu. 
Jak obita po mordzie (obitym można być tylko po mordzie, nigdy po twarzy, twarz do tego nie pasuje nic a nic), padam na twarz (zgrabniej to brzmi, a zresztą,skoro obita morda, to niech chociaż mogę wyjść z tego z twarzą).
Nienawidzę wszystkiego i wszystko mnie irytuje. Złością podszyta, cała rozedrgana chodzę z przymrużonymi oczyma po świecie, póki nie zrobię nowych okularów. Stare oprawki w zgodzie z obecną moją rzeczywistością, powykręcane i obluzowane, w niczym nie pomagają.
Szukam na półkach mądrych książek i staram się słuchać ludzi, ale każdy mówi o sobie i na dłuższą metę niewielu gotowych jest słuchać. Odpycham ich od siebie ścianą płaczu i poczuciem braku zrozumienia. Lub udaję, uśmiechem przykrywam zaczerwienione oczy, zwalając na wiosnę opłakany stan spojówek. 
Znów zatrzymuję się i niepewnie rozglądam wkoło. 
Przykładam pięści do skroni, próbując wydobyć z resztek, niezatopionych łzami, odrobinę myśli. Nie nadchodzą. Niech sen nadejdzie. 

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz