piątek, 28 lutego 2014

Mimo wszystko

Z zapasem pierogów i gołąbków, zaopatrzona w zapewnienia miłości, ogrzana głaskami i zaskoczona trudnymi decyzjami, rozpakowuję torbę podróżną. Kokoszę się w bezpieczne przestrzeni swojego pokoju, bez obawy niespodzianek na powrót układam się w domu. 

Myślę o sile kobiet, kobiet w społeczeństwie, rodzinie, grupie innych kobiet; o wsparciu i cieple, które sobie dają, o godzinach spędzonych na rozmowach, żartach, wspólnych zajęciach i dzieleniu się wszystkim - wspomnieniami, emocjami, obserwacjami i doświadczeniami. 

Myślę też i Tobie - kim jesteś dla mnie, kim będziesz, kim chcesz być, kim ja chcę, żebyś była. Myślę, że z czasem się to ułoży. Myślę, że z czasem może uzasadni się Twoja wiedza o intymnej mnie, myślę, że z czasem okrzepną emocje, i będzie łatwiej. Patrz - już mniej płaczemy rozmawiając ze sobą. 

Piję herbatę z kolorowymi liśćmi, porządkuję przestrzeń wokół mnie, otulam się ostatnimi dniami bez konieczności robienia czegokolwiek. 

Dziś i teraz wierzę, że będzie dobrze. Mimo mglistości, mimo łez we mnie, mimo zimy, która nie chce iść, mimo zmian, mimo niewiadomej, mimo wszystko. 


"Open your eyes and breathe
Everything's in its right place"

środa, 26 lutego 2014

kolejne pożegnanie

Autobus na przedmieściach, jadący przez małe podmiejskie miasteczka, miasteczka niby odrębne od dużego miasta a jednak będące jego częścią, sypialnią tych, którzy mają pieniądze i mogą dojeżdżać do dużego miasta, schronieniem dla tych, którzy dzięki nowoczesnej technice pracują z domu, miejsce zamieszkania od pokoleń, gdy jeszcze małe miasteczko leżało dalej od dużego miasta. 

Jadę ja z moją torbą w kwiaty, z zapasem książek, choć i tak pewnie nie będzie czasu na czytanie, jabłkiem na wszelki wypadek głodu, ciepłą herbatą w zajebistym kubku, sercem w okresie rekonwalescencji i wspomnieniami. 
Jadę przytulać się, robić zdjęcia, jeść, patrzeć, zasypiać w ciszy i pożegnać kolejne miejsce, w którym był ze mną On. 

Słuchając muzyki, która dobrze mi się kojarzy, wyjadę. I wrócę, puściwszy kolejny sznurek od mojego latawca. 


wtorek, 25 lutego 2014

trochę strat/trochę zysków

Ubieram swoją złość w konkretne wydarzenia.
Nadaję jej kształt konkretnych kłamstw. 
Trafiam w punkt.
Zapisuję na tablicy przewinień pod nazwą - straty.

Stracona energia na strach, na walkę z nieistniejącym, na łzy, na zazdrość, na zawiedzione nadzieje, na rozczarowania, na przepłakane wieczory. 
Sprokurowane kłótnie, mające wieść do rozstania, wymyślone zabiegi, zapewniające uwagę i czułość, niedopowiedzenia, niejasności, zbiegi okoliczności, dni milczenia, dni smutku. 
Bezsilność, wciąż siedząca na ramieniu. 

Czuję się lżejsza bez tego. 
Jeszcze tylko czasem znajdę w kieszeni jakieś paprochy, resztki łez, strachu, żalu, rozczarowania. 
Jeszcze tylko złość jak rzep, nie daje się oderwać od bluzy. 

A potem odpocznę. Nie odzyskam tego, co straciłam. Ale może, jak się dobrze przyjrzę, poczuję w kieszeniach jakieś dobre niespodzianki. 
I zapiszę je po drugiej stronie tablicy pod nazwą - zysk. 


"-Czemu płaczesz?(...)
- Nie wiem, ale jakoś mi z tym dobrze"
Lato Muminków, Tove Jansson

poniedziałek, 24 lutego 2014

Mglisty poniedziałek

Pomiędzy szybami w oknie mam mumię muchy. Leży na plecach i nawet pająk, który na pewno kryje się gdzieś w okolicy, nie połakomił się na nią. Nieco dalej znajduje się mumia biedronki. Zamarznięte a potem wysuszone w zimowym słońcu tworzą moją przypadkową kolekcję. 

Telefon dziś sam się wyłącza, a mgła leniwie podnosi się do góry, jakby wciąż wahała się, czy w ogóle warto. Taki ten poniedziałek powolny i leniwy, zaspany, bez energii, z lękiem czającym się za plecami, jakimś takim niekonkretnym, dziwnym, nie wiadomo skąd, przysiadłym i obserwującym mnie swoimi wielkimi oczami. 

Cień żaluzji kładzie się nocą na suficie, otwieram oczy wybudzona z koszmarnego snu. Jeszcze śniąc czuję, że śnię i powoli uwalniam swoją świadomość z wciągającego bagna dziwacznych obrazów - matka, przemoc, przestrzeń sprzed zmian, obcy ludzie, dom, nie będący domem. Obudzona próbuję zasnąć, ale obrazy wciąż tkwią pod powiekami. Dociera do mnie, jak dużo się dzieje w mojej głowie, jak mocne były bodźce ostatnich tygodni, jak dużo zmian, nowości, silnych emocji miało miejsce w moim życiu. Ile wyborów przynosi zwykły dzień, z którymi trudniej sobie radzić. Ile jeszcze w swojej szufladzie znajdę pamiątek z przeszłości, które wciąż obciążają mi kieszenie? Nie chcę na razie zasypiać, więc zapisuję nocne myśli, żeby nie umknęły z kolejnym snem. 
Na dziś wystarczy snów. Dziś chciałabym przespać całą noc bez wspomnień. Dziś chciałabym mieć spokój w głowie. 

Jestem zmęczona od rana. Wstaję i dziś już nie mam siły na dziś. 

W pierwszy odruchu w obliczu kryzysu zadziałałam - wypłakałam, wyzłościłam, opowiedziałam, poszukałam, przegadałam. 
Teraz czuję zmęczenie, które odłożone w czasie dopada i czuję lęk, który mnie blokuje i czuję niemoc, która przygniata do poduszki. Zmęczyły mnie te emocje, zużyłam moc energii i teraz może jak poleżę i odpocznę, nabiorę jej znów. Przyszło coś, czego się nie spodziewałam, bo myślałam, że już jest lepiej. Ale Lepiej leży trochę dalej na mojej mapie, jak się okazało. Skala uległa zmianie. 


niedziela, 23 lutego 2014

Wracam znów do niekonkretnych marzeń, do bliżej nieokreślonej przyszłości, życzeniowej, nieosadzonej w rzeczywistości, będącej nieznanym wyobrażeniem. Znów nie będę wierzyć w spełnienie moich marzeń, a tylko snuć je sobie dla przyjemności własnej i mojego mózgu. 

Marzenie, które masz nadzieję i podstawę, że się spełni a potem się nie spełnia, jest wielkim rozczarowanie. Bezpieczniej marzyć, wiedząc, że coś o czym marzę, jest bardziej niemożliwe do spełnienia niż możliwe. Bo jeśli się nie spełni ( w co przecież wierzę od początku) to nie ma żalu i tęsknoty. A jeśli się spełni tym większe jest zaskoczenie i przyjemność.
Marzenie, które masz i wydaje Ci się, że jest na wyciągnięcie ręki a gdy potem wyciągasz rękę i tego marzenia nie ma i nawet nie tylko, że ucieka, ale po prostu pęka, znika, zostawia po sobie pustkę; takie marzenie powoduje nie tylko rozczarowanie, ale też wywołuje tęsknotę, bo znika coś, do widoku czegoś co dzień się przyzwyczaiłam, co towarzyszyło mi przez jakiś czas, a okazało się tylko złudnym, nieistniejącym w rzeczywistości obrazem, który nie miał prawa się spełnić. 

Marzenie polega trochę na byciu nierzeczywistym. Ale jest też czymś, do czego chce się dążyć. Dobrze jest wiedzieć, czy jest szansa na spełnienie marzenia, czy nie, i dobrze wiedzieć to, od początku zaistnienia marzenia. Im bardziej realne ma kształty a okazuje się nierealnym bytem, tym gorzej dla marzącego - upadek w dół jest bardziej bolesny. 

A może trzeba wrócić do prostszych marzeń - lodów z bakaliami w niedzielne popołudnie, spaceru po mieście z przyjacielem, wycieczki w przyjemne miejsce, nowej książki do kolekcji. 
Znów zacznę kolekcjonować swoje marzenia, zacznę od małych, zmieszczą się w mojej szufladzie. 



"Don't give up jest" dla mnie i dla Ciebie :)

Niedzielne drobiazgi z rana z kakao i Chomikami w tle.

Rozgrzana prysznicem i gorącym kakao. Wykładam ubranie na łóżko, zerkam na termometr za oknem, liczę, że słońce utrzyma się do popołudnia. 

Skupiam się na drobnych czynnościach, codziennych, małych, starając się jak najprecyzyjniej je wykonywać. Nie ma innego życia, niż to, które prowadzę. Nie ma alternatywy, nie ma perspektywy i oczekiwania na coś, co się ma wydarzyć potem. Jest tu i teraz a "potem" zależy tylko ode mnie. Nie ma dzielenia tego "potem" z kimś, poza mną samą. 

Najbardziej brak mi chyba tego współdzielenia właśnie. Tego razem rozkładania na drobne, tego szukania rozwiązania we dwoje, tego przynoszenia sobie tych małych i dużych rzeczy, lęków, słabości, kłopotów, radości, odkryć, pytań, odpowiedzi, przemyśleń, abstrakcyjnych obserwacji.

Nie pamiętam, jak się uśmiechasz. Ale przynajmniej Twój głos jest już tylko Twój. 

***

Moje Chomiki dziś szykują się na spacer. Naszykowały więc wielki plecak, do którego miały zapakować kanapki, termos z herbatą i koc, ale ostatecznie zaczęły pakować same siebie i właśnie Pierwszy jest już w środku a Drugi siada Pierwszemu na głowie i jednocześnie próbuje zaciągnąć troczki od plecaka. Nie jest lekko. 

***

A ja włożę dziś czerwone kozaczki i będę chodzić po parku, aż się zmęczę i wrócę do domu zjeść obiad i drzemać. 

*** 

Nie boję się tego, co jest nowe. Boję się tego, co było, że może wrócić i znów uderzyć. 



***

Niedzielny Poranek, który miał być:

Budzimy się rano, delikatne pocałunki, uśmiech zaspanych oczu, niewyraźne kształty pokoju, widziane bez okularów. Pocałunki i pieszczoty, powolny seks, leniwy, pełen czułości i wzajemnej znajomości tego, co jest podniecające. Powolne wstawanie, wspólne przygotowywanie śniadania, głaski, czułość bez słów, czytanie do kanapki, zmywanie, kąpiel, prysznic, wygodne szmaty i układanie się pod kocem z herbatą. Poranek razem.

Tęsknię za tym. 

sobota, 22 lutego 2014

Zaskoczenie

Przez niespodziewane zupełnie wydarzenie złapałam się dziś na myśleniu, że w życiu muszę na wszystko sobie zasłużyć. Albo zapracować. Że rzeczy nie przydarzają się, bo tak, bo tak wypadło, taki jest zbieg okoliczności, taki ma ktoś kaprys. Wydaje mi się, że trzeba włożyć wysiłek, aby coś zyskać, otrzymać, że trzeba sobie rzeczy wypracować, osiągnąć. 

Nie przyszło mi do głowy, że ktoś może chcieć mi coś dać, bo tak po prostu ma ochotę. Nie przyszło mi do głowy, że sam fakt mojego istnienia może już kogoś zainspirować do jakiegoś pozytywnego działania na moją rzecz. Moim natychmiastowym, odruchowym myśleniem jest, że przecież nie zasłużyłam. Nie należy mi się. Nie jestem dość warta, żeby robić mi takie niespodzianki. Nie byłam dość dobrą osobą, dość wystarczającą, dość jakkolwiek pozytywną. 

Myślę sobie, że nie przyszło mi do głowy, że każdy daje tyle, ile może czy potrafi i w sposób, na jaki ma ochotę. I nie mi oceniać, czy warto mi coś dać, czy nie. Albo nauczę się brać, co dostaję, albo będę wciąż zaplątana w poczucie winy. 

Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo wciąż brakuje mi pewności siebie. A myślałam, że już jest lepiej... 


"Hearts and minds play with equal strength"

Pomiędzy tęsknotą a lękiem

Przyjemnie było być dla kogoś najważniejszą. Numerem jeden. Pierwszą ze wszystkich. Otuloną zainteresowaniem, troską, czułością i miłością zarezerwowaną dla kogoś, kto jest na szczycie listy. 

Jestem ważna dla swoich przyjaciół, ale nie najważniejsza. I o to chodzi w przyjaźni. Teraz jestem najważniejsza dla samej siebie. Wiem, że jestem też ważna dla Ciebie. Ale to, co jest między nami ulega teraz zmianie. Układamy się w nowej sytuacji, szukamy wygodnych miejsc, zmieniamy opatrunki i smarujemy maścią siniaki. Szukamy, odkrywamy, obserwujemy, czekamy, przeczekujemy, patrzymy, oglądamy, porządkujemy. Nadajemy nową wartość. Delikatnie, powoli, bez pośpiechu, trochę na palcach, trochę nieśmiało, trochę się skradając, być może na około. 

Szary poranek, wilgotne chodniki, buro-zielono za oknem, zielenią pozimową, przygasłą, zakurzoną. Po śniadaniu z książką wchodzę znów pod kołdrę, układam się na poduszce, czytam. Myślę o dniu, co mam robić, czym się zająć, jak sobie zaplanować sobotę. 

Tęsknię. Tęsknię za swoim samopoczuciem. Tęsknię za perspektywą, którą miałam. Tęsknię za codziennym zaopiekowaniem, oparciem, zakochaniem, które było we mnie, dzięki któremu wstawałam rano, uśmiechając się, które nadawało ton, porządkowało dzień. 

Teraz się boję, ale chcę wierzyć, że będzie dobrze. Teraz układam się ze sobą na nowo, mając nadzieję, że już nie będzie bolało. Teraz odkrywam Ciebie po kawałku, pragnąc spokoju i bezpieczeństwa. I chcę wierzyć, że nowa jakość przyniesie dobre emocje. Wciąż jednak nie dowierzam ale liczę, że wszystkie elementy trafią ponownie na swoje miejsce i poczuję się wygodnie. 


"... building the castle with one hand
while tearing down another with the other."



piątek, 21 lutego 2014

Przemeblowanie

Niewielka zmiana dziś, przesunięte legowisko bliżej okna, stolik przy ścianie, inaczej muszę siedzieć przy komputerze, żeby odegnać ból pleców. 
Przekładanie, przestawianie, dopasowywanie, porządkowanie, odkurzanie, porządkowanie, drzemka. 

Pisanie, przepisywanie, kopiowanie, szukanie danych, przeglądanie starych kalendarzy, uzupełnianie CV o kilka ról, działań, aktywności.

Popołudniowy odpoczynek, układanie się w wygodnej pozycji z poduszką pod głową, przeczytanych kilka stron opowiadania, opadające powieki, sen. 

Dzień podzielony między pracą a oddechem. 

Dziś zmęczyłam się układaniem przeszłości. Dziś nie chcę myśleć o przyszłości. Dziś chcę już tylko mieć dziś. 

Dziś nie wiem, jak wyrazić to, co mam w głowie.
Więc Dziś będę pić herbatę, leżeć, czytać, jeść racuszki i jeździć na łyżwach wieczorem. 



czwartek, 20 lutego 2014

W mojej Szufladzie

Dziś wiatr gra w oknach. Gwiżdże w szczelinach i szumi na chodnikach. Dziś jest pochmurno i buro. Dziś długo siedziałam w wannie rano i czytałam o Muminkach. Dziś zjadłam późne śniadanie i popracowałam trochę. Dziś wpisałam dwudziestą pierwszą książkę na listę przeczytanych. Dziś budziłam się długo i z obolałym brzuchem. Dziś przejrzałam pierdyliard stron przedszkoli. Dziś ułożyłam włosy ładnie. Dziś zjem prosty obiad. Dziś pomaluję paznokcie na nowy kolor. Dziś będę pracować i odpoczywać. Dziś będę notować, czytać, pisać, leżeć, jeść i pić.

Dziś myślę o tym, że bezpiecznie mi w mojej Szufladzie. Mam tam miękko i ciepło. Herbata nie jest zimna, a w lodówce same smakołyki. Odgrodzona od świata wyglądam przez szparę i tylko obserwuję. Obserwuję trudne związki, emocjonalne rozgrywki, ledwie trzymające się małżeństwa, upadające relacje, dziwne zależności, współzależności, cudze wybory, dążenie do nieistniejącego ideału, oczekiwania, brak oczekiwań, złudne perspektywy, brak jakichkolwiek perspektyw. 

Siedząc w Szufladzie myślę o tym, że nie da się wydumać wszystkiego, przewidzieć, rozplanować, ocenić i wysnuć wniosków. Siedząc w swojej Szufladzie myślę sobie, że trzeba czasem zaryzykować, żeby się dowiedzieć. I chociaż się boję, i chociaż nie chcę, żeby znów bolało, to nie przekonam się, póki nie zadziałam. Powolutku wyjdę z Szuflady, będę do niej wracać, może czasem tylko nogi przewieszę i będę sobie siedzieć w niej i patrzeć na świat. Czasem odejdę od niej dalej, czasem zostanę na wyciągnięcie ręki. Mam jedno życie tylko. I nie chcę przez jego resztę żałować, że nie podjęłam ryzyka. 


Chciałabym Ci zaufać. Daj mi czas i pokaż, że mogę. 




środa, 19 lutego 2014

Mapa mojej Wyspy

Chcę sobie od nowa zaufać. Nie patrzeć na boki, nie rozglądać się nerwowo, nie oglądać za siebie i nie czekać, aż ktoś poprowadzi mnie za rękę. Chcę badać swoje uczucia, układać, odkładać na półkę, i robić porządek dalej. Chcę wiedzieć ile mam i ile mogę dać. Czym mogę się podzielić i z kim. Wciąż trochę kulejąc, z obdrapaną skórą na kolanach i skręconą kostką chcę powoli do świata wychodzić, nie ukrywać się za zasłoną, nie chować pod kocem, nie znikać za drzwiami pokoju. 

Badam wczorajszy wieczór, oglądam go ostrożnie, położyłam na stole i stoję w oddaleniu, patrząc na niego uważnie. Dołożyłam kilka elementów do wiedzy o Tobie. Kilka rzeczy z przeszłości znane pod przykryciem, wyłoniły się w pełnym obrazie. Kilka rzeczy nowych, kilka starych. Kilka śmiesznych, kilka smutnych. 

Na wszystko potrzeba czasu. Nie chcę się śpieszyć z niczym. Ponaglać siebie. Nie muszę wiedzieć już. Mogę się mylić, szukać, drążyć, dociekać, zawracać, iść do przodu, gubić się, znajdować drogę od nowa. 

Mapa mojej wyspy powstaje od początku trochę. Szukam nowych ścieżek, odnajduję nowe wzgórza, doliny i wąwozy. Linia brzegowa się zmieniła i jest trochę poszarpana, ale fale wyrównają ją z czasem. 


Urodzinowo najlepszego jeszcze raz i pamiętaj o ostatnim życzeniu. Niech się spełni. 


wtorek, 18 lutego 2014

Kwiaty z Cynamonem

Jak siebie ułożyć, jak żyć. Jak siebie uporządkować, poukładać. Płaczę cały wieczór, co i rusz wycieram nos, łzy kapią mi na kolana, wsiąkają w szlafrok. Odgrodzić się od świata, spełnić Twoje marzenie, skryć się w Twoich ramionach. Przed czym się skryć? Przed światem czy przed sobą? Nie chcę się kryć przed sobą. Ale pogubiłam części siebie, rozpadłam się, zbieram teraz kawałki, układam mozaikę od nowa. Staram się element po elemencie dopasować. To żmudniejsze niż puzzle, równie trudne, czasem irytujące, nudne. Chcę już wiedzieć, mieć, znać. Ale wciąż zbieram z podłogi kawałki i szukam dla nich miejsca. A przez łzy czasem źle widać.

***

Metodą drobnych kroczków, odbudować zaufanie do siebie samej, wyjść do świata, kupić sobie tulipany, przejść się w słońcu, odetchnąć głębiej, pomyśleć bez płaczu, spojrzeć dalej, z innej perspektywy. Metodą drobnych kroczków zaufać Tobie, poznać Cię od nowa, obejrzeć, dotknąć, spróbować. 

Gryzę jabłko, soczyste i twarde - takie lubię najbardziej. Słońce odbija się od ekranu, miękko kładzie się na ścianie, przykrywa światłem legowisko. 

Dziś masz urodziny. Znów 28. Może to znak wyzerowania licznika? Może to znak, że można zacząć wszystko od nowa? Ucieszyła mnie Twoja radość z kubka. Myślałam sobie, że kupiłabym Ci kwiaty. Dużo kolorowych kwiatów. Najpewniej tulipanów, bo sezon na nie teraz. I posypałabym  je cynamonem, bo wolisz zapachy owocowo-korzenne :) 




poniedziałek, 17 lutego 2014

obrazki

Obrazek Pierwszy

Leżysz obok mnie, wtulasz się w mój kark, dłonią obejmujesz, delikatnie gładząc brzuch. Ustami dotykasz mojej szyi, pieszcząc ją drobnymi pocałunkami. Uśmiecham się i zasypiam, otulając się Tobą w sobotnie popołudnie. Kładę dłoń na Twojej i pozwalam się zamknąć w objęciu, odcięta od świata i zatopiona  w tu i teraz. Wiatr wieje za oknem, zimowe słońce zachodzi, czas zwalnia, roztapiam się w niebycie. 

Obrazek Drugi

Płaczę. Sama, skryta pod kołdrą, odcięta od świata, do którego boję się wyjść. Boję się zaufać samej sobie i nie wiem, czy mam zostać pod przykryciem, czy odrzucić je. Patrzę na swoje dłonie, palcem wodzę po linii własnych paznokci w kolorze dżemu wiśniowego, ocieram łzy grzbietem dłoni, zmęczona kładę głowę na poduszce, zapłakana zasypiam.

Obrazek Trzeci

Nakładam makijaż. Delikatnie maluję kreski na powiekach, nakładam cień, tuszuję rzęsy, rozczesuję je, pędzlem z różem wodzę po policzkach. Wkładam spódnicę, naciągam rajstopy, wkładam buty - czerwone kozaki, pozwalam sobie na przelotną myśl o Tobie, dopinam sweterek, obwiązuję szyję wełnianym szalem. Wychodzę. Do świata, do ludzi. Uśmiecham się idąc ulicą. Rozglądam się. Nikogo nie widzę interesującego. Wszyscy wydaję się mdli i nudni. Po rozbuchanej miłości, pełnej zrozumienia i wzajemnego czasu, cały świat wydaje się być bledszy, mniej kolorowy, wiecznie pozimowy, jakby nie rozmarzł jeszcze. Skrywam się w bańkach z przyjaciółmi, pozwalam sobie otulić się ich czuciem, ciepłem, miłością. Uśmiecham się do nich i czuję, że jestem potrzebna. 

Obrazek Czwarty

Wysiadasz z autobusu. Nieśmiało, powoli podchodzisz do mnie. Znikasz w moich ramionach i, trzymając za rękę pozwalasz się prowadzić na przystanek. Jedziemy do domu. Mówisz mało, rozglądasz się. Wchodzisz do domu. Zdejmujesz buty, zostawiasz torbę na łóżku. Siadasz. Czekasz na herbatę. Patrzysz na mój świat, który masz tuż na wyciągnięcie ręki. Idziemy na spacer. Ścieżką nad wodą. Znajdujemy miejsce, żeby usiąść. Dzielę swój świat z Tobą przez dobę. Odprowadzam Cię na autobus powrotny. Kawa po drodze. Ostatnie dowcipy. Pierwsze łzy. Odjeżdżasz. Nie czuję się wcale mądrzejsza. 

Obrazek Piąty

Zamykam album ze wspomnieniami. Odkładam ostanie między kartki. Wkładam album na półkę. Wydmuchuję nos, gaszę świeczkę, włączam telewizor, mówię do siebie. Wciąż przywołuję Ciebie z pamięci, ale żelazną dyscypliną trzymam Cię na dystans. Zbyt się boję o siebie, żeby dać znów szansę. Nie mam dobrych doświadczeń w tej kwestii. Zbyt boję się bólu znów, więc odrywam plaster od razy a nie na raty. Żeby zmniejszyć koszta, żeby ocalić siebie choć trochę. 

Obrazek Szósty

Jesteś. Daleko. Dostępna. Nie nadużywam tej dostępności. Planuję wakacje, umawiam się z Tobą.
Ty. Dzwonisz, opowiadasz, dzielisz się sobą, jak z przyjacielem. Nie ma już łez. Nie ma już żalu. Nie ma rozczarowania, oczekiwania, tęsknoty, bólu, kochania do utraty tchu, lęku, samotności. 
My. Dwie kobiety. Daleko. Blisko. Różnie. Mniej. Bardziej. Więcej. Rzadziej. Dzwonią czasem. Czasem piszą. Czasem się widzą. Od czasu do czasu a pomiędzy spokój. 

Kolejność obrazków jest przypadkowa. 

niedziela, 16 lutego 2014

Popołudnie niedzielne czyli zbawienny wpływ gorącej czekolady i ciekawego towarzystwa na smuteczki.

Zgodnie z przewidywaniami, nastrój uległ poprawie. Wysłuchałam arcyciekawego wykładu o funkcjonowaniu mózgu, neuronach i przestymulowaniu, energii elektrycznej wytwarzanej przez ciało, reprodukcji i czemu lepiej jednak nie mieć dzieci, o deficytach i zmianie osobowości osób z chorobami dotykającymi mózg, a wszystko opakowane w ładnie brzmiące i logicznie wypowiedziane słowa oraz popite pyszną, prawdziwą czekoladą na gorąco. 

Do tego spacer po mieście i obserwacja "niedzielnych rodzin". On pcha wózek, dumnie prężąc pierś, spełniając się w roli jednodniowego ojca, ona sinoblada drepcze obok, nerwowo patrząc, czy on na pewno dobrze ten wózek pcha. Ubrani niedzielnie - wypastowane adidasy, kozaczek do odprasowanych dżinsów. 
Oprócz "niedzielnych rodzin" na spacery wylegają grzeczni randkowicze. Nieśmiali, obnażeni światłem dnia, oni próbują być zabawni, one spoglądają spod rzęs, obydwoje zaś energicznie w głowach próbują znaleźć wymówkę, usprawiedliwiającą rychłe zakończenie spotkania. 
Są też pary w wieku zbliżającym się do starszego. Ubrani w futra, jesionki, płaszcze i kapelusze, spacerują godnym, powolnym krokiem po kocich łbach, z wyższością spoglądając na innych wokół, wzrokiem sugerującym uznawanie innych ludzi za motłoch i tłuszczę. 
Nie brakuje też nastolatków - tych z pomysłem na to, co robić i tych bez. Ci bez snują się w tę i we w tę, chodząc grupkami, spoglądając spode łba i myśląc, czy zjeść kebaba czy frytki. Ci z pomysłem kupują sobie balony, robią słit focie na tle kamieniczek, głośno się śmieją, biegają, podskakują i wyglądają, jakby nie istniało nic więcej, poza nimi samymi. 

To było bardzo miłe popołudnie. Bardzo stymulujące spotkanie, poszerzające perspektywę patrzenia na człowieka zarówno od strony funkcjonowania biologicznego jak i jego egzystencji społeczno-emocjonalnej. 

***

Co zastanowiło mnie dziś to to, że walentynki mimo ataku serduszek, zakochania i wszechogarniającego cały sparowany świat szczęścia, przeszłam bez ani jednej łzy, a za to niedziele nastrajają mnie refleksyjnie, wywołują  z kątów smuteczki i proszą się o dodatkową porcję głasków. 

*** 

Dziś szczególną uwagę zwróciłam na określenie "wracać do siebie". Nabrało ono nowego znaczenia. "Wracać do siebie" nie tylko w sensie powrotu do domu, do miejsca, gdzie mam swoje rzeczy, ale do siebie w sensie swojego wewnętrznego "ja", do siebie w sensie samej mnie, tej w środku, jej marzeń, pragnień, chceń, potrzeb, do świata mojego, składającego się z tego co lubię, czego nie lubię, do świata, w którym marzę, czytam, piję herbatę, jem banany i układam się wygodnie na legowisku. I nie jest to to samo, co "dochodzić do siebie". "Wracać do siebie" jest zagłębianiem się w siebie po konfrontacji z całym światem zewnętrznym, po konfrontacji z ludźmi, zdarzeniami, wszelkimi bodźcami, które istnieją poza mną i jakoś na mnie oddziałują, ale od który mogę zostawić i "wrócić do siebie". 




Deszczowa Chmura

Obudziłam się smutna. Wszystko wywołuje dziś wzruszeni - artykuł o dziewczynie, która zbiera pieniądze na leczenie onkologiczne, przemówienie Ellen Page, zdjęcie piesiulka, udana, mimo przeciwności, wyprawa przyjaciół. Dziś czuję się rozwrażliwiona. Bardziej delikatna. 
Rano padał deszcz. Bębnił o parapet. Schowana pod kołdrą chciałam móc spod niej nie wychodzić. Wstałam jednak i zabrałam się za farbowanie włosów. Fakt spadku samopoczucia nie musi oznaczać spadku dbania o siebie. 
Dziś umówiona na gorącą czekoladę, staram się wykrzesać z siebie zadowolenie na to spotkanie. Wiem, że będzie łatwiej, jak już się ubiorę, umaluję, wypachnę, wyjdę i zrobię kilka ładnych zdjęć może. Wiem, że gdy wrócę do domu ze spotkania, będę zadowolona, że wyszłam, że rozmawiałam, że otworzyłam się na świat. Ale dziś jakoś szczególnie trudno się zebrać. Trochę jak deszczowa chmura jestem.

*** 

Chomiki dziś szykują się na niedzielny spacer. Włożyły więc kalosze, ale na łapki górne. Pierwszy więc próbuje chodzić na rękach, skoro tam ma kalosze, ale wiadomo - nie bardzo mu to wychodzi. Drugi zaś zaopatrzony w parasol, zeskakuje z krzesła co i rusz, licząc, że parasol jest lotnym środkiem transportu i że przy jego pomocy poleci. Od czasu do czasu kole szpicem parasola tego Pierwszego w zadek. Tak to właśnie Chomiki dziś szykują się na spacer.

***

Dziś obudziłam się z myślą o Tobie. Nie o Nim, ale o Tobie. Już nie chcę tego smutku połączonego z Tobą. Z drugiej strony, może tak ma być? Może ten smutek ma być jeszcze przez jakiś czas? Może jest wyznacznikiem zmiany i jak zniknie, to okaże się, że jest lepiej?

***

Obudziłam się z myślą, że jesteś obok mnie. Mentalnie. A potem myślałam, co robisz? Jak wygląda Twój poranek? Czy myślisz o mnie? Czy poszłaś z psem? Czy zjadłaś?
A potem pomyślałam, że dlaczego masz o mnie myśleć? Masz innych ludzi wokół siebie. A potem pomyślałam, że pewnie trochę myślisz a trochę nie. Tak jak ja. 

***

Myślałam też ostatnio, co ja o Tobie wiem? 
Ty wiesz, w jakiej pozycji najbardziej lubię zasypiać przytulona. Wiesz, jak najbardziej lubię się kochać. Wiesz, czego się boję, co mnie śmieszy, co mi smakuje, jakie ubrania noszę, jaką bieliznę lubię i ja wyglądam w wannie.
Ja nie wiem. Nie wiem, które jest prawdziwe, a które nie. Nie wiem, jak się lubisz przytulać i czy rysowanie serduszek na dłoni jest Twoje. Nie wiem, co Ciebie podnieca i jak wyglądasz w spódnicy. 
Wciąż nie wiem, kim do końca jesteś i ile z tego wszystkiego było Twoje a ile przyszło wraz z wymyśloną postacią. 
Im bardziej intymne rzeczy, tym mniej wiem. 

***


sobota, 15 lutego 2014

nic

Wczesno-wieczorna drzemka. Mokry kark i suche usta. Budzę się ze snu, odwracam na bok, oblizuję wargi, otwieram oczy. Łyk wody. Opadam na poduszkę i przez chwilę dochodzę do siebie. 

Dzień Nic. Nic wielkiego się nie wydarzyło. Pranie, sprzątanie, zakupy, obiad, manikiur, czytanie, oglądanie, rozmowa przez telefon. Takie małe, proste rzeczy, od których czuję się oddzielona obojętnością, minimalnym odczuwaniem przyjemności, poczuciem zwyczajności i tęsknotą za ekscytacją. 

I choć cieszę się, że już nie muszę się bać, nie boli, nie ma oczekiwania i ciągłego napięcia, to brak też tego, co było ukochane. Brak radości na spotkanie, brak oczekiwania na to, co miłe, brak współdzielenia tego Nic, które nie było Niczym, ale ważnym Czymś. 

Rzeczy dzieją się tu i teraz i nie ma tego przeciągania cieszenia się przy dzieleniu ich potem z kimś. Gdy coś robię cieszę się z tego w danym momencie i na tym się ta rzecz kończy. Wcześniej, cieszyłam się nie tylko ją robiąc, ale też czekając, aż o niej opowiem a potem opowiadając. Radość była rozciągnięta i wykorzystana maksymalnie. Tego mi brak. 

Brak mi tego poczucia tej Szczególnej Ważności moich rzeczy dla kogoś. Ważności nie tylko osiągnięć dużych, ale też tych małych, tych kroków w tył też, kluczenia, pomyłek, prób, smuteczków, odkryć, kolejnych przeczytanych stron, zjedzonych obiadów, pomysłów na udoskonalenie dania, nowych zapachów proszku do prania, godzin sny, godzin braku sny, lęków i małych radości. 


W ten sobotni wieczór "I need a little bit of happiness"

noc/poranek

W różowych rękawiczkach myję podłogę w środku nocy. Sprzątam, usuwam, likwiduję. Brud i wdzierający się w mózg zapach moczu. Odkażam, szoruję, płuczę. Ten sam schemat - podłoga, płukanie szmaty, muszla. Rozpylam zapach na końcu i odkładam różowe rękawiczki. Ale nigdzie nie mogę znaleźć różowych okularów. Koszty mieszkania przeskakują w głowie. Odliczam dni do jej wyjazdu, licząc, że wcześniej skończą się jej pieniądze. Z tyłu głowy wypełza i czai się w ciemności obawa, że znów pojawią się Zwidy. Odwracam oczy i zamykam drzwi od pokoju. Nie chcę musieć się z tym mierzyć. Układam się w łóżku. Próbuję zasnąć, otulając się ciepłą kołdrą. Łyk wody i głęboki oddech. Poklepuję się po ramieniu i mówię do siebie - Jesteś dzielna. Tak, jestem - odpowiadam samej sobie. I zamykam oczy i łzy bezsilności płyną w ciszy, a ja pozwalam im być ze mną, bo przecież nie muszę sobie radzić z tym sama. 

***

Przeciągam rano czas wylegiwania się. Sprawdzam rzeczy w telefonie, czytam kilkanaście stron książki, układam się, żeby mi było wygodniej. Wstaję powoli i zaczynam od sprawdzenia poziomu czystości. Z ulgą wchodzę do łazienki i ogarniam poranne czynności. Zmieniam pościel, zbieram pranie, nastawiam nowe, z większą dbałością składam ubrania i wprowadzam porządek gdzie mogę do chaotycznej nieprzewidywalnej rzeczywistości. 
Układam rachunki, zapisuję wydatki, liczę, tryb oszczędnościowy w toku. Zapisuję w notesie kolejną przeczytaną książkę. Ciągnę samą siebie za rękę, żeby działać i nie zwijać się w kłębek na łóżku od rana, ale najpierw zrobić wszystko a potem odpocząć. 

***


piątek, 14 lutego 2014

Leniwie pierogi i spacer po ciemnych Łazienkach, skoki na oślep między błotem a kałużą, dużo świeżego powietrza, sok pomarańczowy i czipsy solone, ryba na weekend i wielki por, zimy wiatr i ciepłe rajtki, dużo świeczek wieczorem, kąpiel w pianie i amol w kubku. 

Rozmowa o pryszczach, przeprowadzkach, przeszłości, teatrze, filmie, książkach, grach komputerowych, zwierzętach i związkach. 

Otulona ciepłem i serdecznością, zaopatrzona w sygnały przyjacielskiego kochania, ukochuję samą siebie. Głaszczę się po głowie i sprawiam sobie małe przyjemności. Codziennie chcę coś dla siebie zrobić przyjemnego, ze szczególnym zwróceniem na daną rzecz uwagę i celebracją tego, bo właśnie na to zasługuję. I nie ma co czekać, aż ktoś to za mnie zrobi, bo nie ma bliższej mi osoby niż ja sama.

Czy myślałam dziś o Nim? Tak. Ale bez płaczu i żalu. Jego już nie ma. Szkoda, bo był cudny i pewnie byśmy razem sobie spędzili wieczór, ale nie ma go a ja sobie znajduję nowe zajęcia. 
Czy myślałam dziś o Tobie? Tak. Widziałam mini zestawy do malowania - mikro sztalugi i kilka płócienek. Śmieszne takie. Myślałam dziś o Tobie w kontekście nadchodzących Twoich urodzin. I o nowej firance myślałam i cieście ciastkowym, które chciałaś zrobić. No i kupując rybę trudno było o Tobie nie myśleć. 

przedurodzinowo najlepszego

Niefilozoficzno-filozoficzny wywód o Dwoistości

Różowy świt zamienił się w szary dzień. Poranne przebudzenie, letnia woda w kranie, odrosty, wymagające farbowania i apetyt na nie wiadomo co, ale coś smacznego. Drapanie w gardle, na które nic nie pomaga. 

Pocieszający jest stos książek, czekających na przeczytanie. Ale dziś sama nie wiem, od której zacząć i zaczynam trzy na raz, chcąc móc je czytać jednocześnie. Gdybym mogła siebie sklonować, to po to, żeby móc czytać kilka książek w jednym czasie. Nie mogę więc podjąć decyzji i próbuję każdą, czytając po kilka stron i z chciwością zabierając się za następną.  

Nakładam kolejną warstwę lakieru na paznokcie, zastanawiając się, ile przeciętnie trzyma się lakier innym laskom, bo mnie zdecydowanie za krótko. Myślę jednocześnie, co zjeść i komponuję listę zakupów jedzeniowych w głowie. 

Planuję dzień i zastanawiam się, czy chce mi się wychodzić kilka razy z domu, czy tylko raz i że może zakupy lepiej przełożyć na jutro, skoro nie spodziewam się w sobotę żadnych dodatkowych rozrywek. 

Umówione spotkanie ustawia dzień i porządkuje działania. Dziś nie będę robić rzeczy, bo "muszę" ale bo "chcę". Więc nie zrobię czegoś, czego nie chcę. Nie zrobię niczego, co "powinnam" albo "wypada" czy "należy". Takie sobie zrobię dziś. 


Czy tęsknię za Nim? Nie wiem. Okazał się papierowym ideałem, nieistniejącą cudownością. Tęsknię bardziej za marzeniem o nim, za marzeniem o rzeczach, które chciałam z Nim robić, dzielić, układać. Tęsknię za swoim samoczuciem - za spokojem, oparciem, ciepłem i radością. 
Najtrudniej pogodzić się z tą dwoistością - On istniał i nie istniał zarazem. Był prawdziwy a jednak nie był. Stawia to pod znakiem zapytania wszelkie wydarzenia. Bo czy one były, skoro On nie był prawdziwy? Czy też skoro nie był prawdziwy, to ich też nie było? Ale skoro boli, to chyba jednak były, bo jak może boleć coś, czego nie było? Czyli On jednak był. Na pewno był - w mojej głowie. Tęsknię więc za tym, co miałam w głowie. 

***

Ależ można mocno uwierzyć w wyobrażenie i z okruchów poskładać sobie marzenie, które staje się rzeczywistością, jakkolwiek nie ułudną, ale jednak rzeczywistością. 






czwartek, 13 lutego 2014

Cisza na dobranoc

Włosy pachnące pomarańczą, popękana obudowa komputera, odpryśnięty lakier z paznokcia. Dźwięk wiertarki z dworu, samochodu na ulicy, szumu elektroniki, wody w rurach. 
Drobiazgi, maleństwa, mikroskopijne cząstki codziennego otoczenia. Zatkany nos, swędzące ramię, nierówno ułożona fryzura, obolałe gardło. Drobiazgi, maleństwa, mikroskopijne cząstki mnie. 

Poza tymi dźwiękami - cisza. 

Cisza domu w południe. Cisza rzeczy niezrobionych, niepowiedzianych, niedopowiedzianych, chcących być zapomniane, cisza wspomnień i smutków, cisza niewypłakanych łez. Cisza pustki i żalu. Cisza kłamstw, cisza bezsilności i lęku. Cisza choroby i zdrowienia. Cisza starzejącego się ciała. Cisza zgubionych włosów, zdrapanego naskórka, bolącej głowy i obgryzionych skórek. 

Cisza przewracanych stron książki i zapisanej ołówkiem notatki na papierze. Cisza odstawianego na stół kubka i okruszków chleba, spadających na talerz.

Cisza bolesnej pamięci o rzeczach, które się nie zdarzyły. Cisza rzeczy, które miały miejsce ale siedziały w ukryciu. Cisza chęci ucieczki i schowania się do szuflady. Cisza nieodbytych rozmów. Cisza odbytych rozmów na nieistniejące tematy. Cisza zadziwienia i braku słów. Cisza zaskoczenia. Cisza oszukania i zdrady. Cisza nieznanej przyszłości. Cisza milczącego telefonu. Cisza wyłączonego telewizora. Cisza zasypiania i samotnych poranków. Cisza tęsknoty i rozczarowania. 



***

W ciszy wracam do domu, zmęczona ruchem, rozgrzewam ciało pod wodą. Owiana zimnym powietrzem, rozcieplam policzki w wannowej parze. Gąbką masuję zmęczone mięśnie. Dziś wieczorem skończę źle napisaną książkę, irytującą, której autor nie wzbudza sympatii ani zrozumienia czy współczucia dla swojego bohatera, czyli samego siebie, bo to o nim ta książka. Wypiję herbatę. Mając w perspektywie wolny poranek nie będę się śpieszyć ze snem. Ominę pośpiesznie wzrokiem dostępne w mediach walentynkowe konkursy internetowe, reklamy romantycznych kolacji, prezentów za bezcen dla "twojej drugiej połówki", seansów kinowych dla zakochanych, specjalnych romantycznych potańcówek, promocji i rabatów dla par, reklam erotycznej bielizny, czekoladek z afrodyzjakiem i poradników "Jak rozpalić namiętność w związku". I kiedy przejrzę już pocztę i ogarnę internetowy świat to wówczas położę się spać, ciesząc się na wszystkie książki, które czekają na półce do przeczytania.

Dobranoc


Zaplątane we mgle łzy.

Spałam dziś dłużej, śniąc sny o podróżowaniu. Czy Płońsk i Białystok są obok siebie? Sprawdziłam na mapie i nie są. Ale w moim śnie były całkiem blisko. To wiele tłumaczy jakie mam pojęcia o geografii. 

Mgliście dziś na dworze. Cicho w domu. Cicho za oknem. Wszystko wokół schowane w uszczelniającej mgle. Nic się nie wysącza, nic nie przecieka, nic nie wyparowuje ani nic nie wypływa. 

Spotkałam się z Tobą wczoraj w połowie drogi. Chciałaś mnie wziąć za rękę, ale obie dłonie trzymałam w kieszeniach swetra. Robiłaś głupie miny i udało Ci się mnie uśmiechnąć. Wymyślałaś sztuczki z żonglowaniem piłeczek, z opowiadaniem dowcipów, z chodzeniem po linie i zaglądaniem w paszczę lwa. Byłaś jakby nierzeczywista, choć w rzeczywistym czasie. Przecież Ciebie nie ma w mojej przestrzeni teraz. Przecież jestem sama. To jakby na chwilę przenieść się do wymyślonej krainy, w której można być i jest to przyjemne ale niewiele ma to wspólnego z codziennym tu i teraz. 

Na razie uczę się, jak być bez Ciebie. Na nowo buduję siebie i wszystko wokół. Szukam miejsca i formy, w których chciałabym mieć miejsce dla Ciebie. Potrzebuję jeszcze na to czasu. 

A jaką formę i miejsce Ty chcesz dla mnie? Pomyśl o tym też. 

Ja jeszcze nie wiem. Wiem tylko, że wciąż gdy Cię słyszę, to boli, to czuję, jak głęboko boli, to przychodzi płacz. I między żartem a śmiechem wciąż zaplątane są łzy. 




środa, 12 lutego 2014

Deszczowo

Zapadane ulice, zmoczone, wilgotne, z pułapkami kałuż, niewidocznymi w słabym świetle latarni i gasnącego dnia. Wracam do domu trochę zmarznięta, z zasmarkanym nosem i chłodem w butach. Nalewam wody do wanny, robię pianę, zanurzam się cała, czekając, aż rozgrzeją się palce u stóp. Wkładam ciepłe ubranie i idę robić kolację. Nic wykwintnego. Siadam przed komputerem. Jem, patrząc w ekran, nie czując smaku kanapek. 
Stawiam ostrożnie każdy krok, cyzeluję każdą czynność, nie śpieszę się, nie planuję, powoli rozkładam czas przed sobą. 

Dziś mi smutno. Jakby żal czegoś, jak tęsknota, która uwiera, która kładzie się cieniem na kolanach. Dziś podważam swoje kompetencje pracowe, dziś złoszczę się, że się złoszczę, dziś nie wierzę, że coś potrafię, dziś mi źle trochę jest, dziś nie mogę złapać za ogon "dlaczego?" i "skąd?", dziś wieczornie deszczowo się mam. 

Dziś chciałam się móc przytulić, wtulić, skryć w ramionach i nos pod koc schować. Dziś brak mi jeszcze jednej pary rąk do obejmowania. I nawet lakier na paznokciach wydaje się smutniejszy. 

Dziś chcę podanej herbaty, poprawionego koca na plecach i ciastka owsianego. 




Na zawsze

Nie wiem czy potrafię tyle na raz udźwignąć. Nie wiem, czy chcę. Swoje smutki, żale, wspomnienia, uśmiechy, płacze, bolączki, sny, bezsenne noce, wczesne poranki, późne wieczory. 

Jestem zmęczona niepotrzebnymi emocjami, które dla mnie wymyśliłaś - lękiem, smutkiem, zazdrością, obawą, zdenerwowaniem.
Jestem zmęczona śmiercią, niezgodą, wyimaginowanymi sporami, fochami bez powodu, nieistniejącymi operacjami, wymyślonymi obiektami mojej zazdrości, napięciem ciągłego oczekiwania - oczekiwania na lepsze, na koniec, na początek, na wyniki, na wybudzenie, na spojrzenie, na ulgę, na oddech, na razem, na zawsze. 

"- Czy można okłamać kogoś, kogo się kocha?
- To mniej boli niż powiedzenie prawdy."
Jeanette Winterson, "Wolność na jedną noc"

Czy tak właśnie?


"The smell of January makes me think of
This time last year when we were still so in love. "

wtorek, 11 lutego 2014

Brak odwagi być może.

Świat wydawał się pełen możliwości i uśmiechu, ścieżek, dróg, strumieni, pagórków i dolin. Teraz trochę się boję do niego wyjść, leczę wciąż swoje siniaki i oklejam plastrem strupy. Boję się - że znów się potknę, że nogę ktoś podstawi, że zahaczę o płot, że upadnę, że poślizgnę się, że znów zaboli. 

Nieśmiało się uśmiecham, odwracam wzrok i zatapiam się w swojej przestrzeni, wyłożonej miękkimi poduszkami, zaopatrzonej w jednorazowe chusteczki, książki, kubki z herbatą, ciepły koc i miękki termofor. 

Boję się zaufać Światu. Stawiam kolejny płot, kopię kolejną fosę i montuję most zwodzony. Wyprostowana idę do domu schować się pod kocem, za zamkniętymi drzwiami, odgrodzona kolejnymi czytadłami, z pozostawionym bezpiecznym oknem komputera lekko uchylonym, skąd mogę śledzić poczynania Świata. 

Być może wraz z wiosną, gdy już przestanie boleć głowa i przejdzie senność wyjdę znów. Postawię jeden, drugi, trzeci odważny krok. Być może przestanę się obawiać, być może zaufam znów. Być może. 

***

Chomiki stawiają fortecę. Nawet znalazły w encyklopedii wyrysowany plan takowej. Dość długo przyglądały się zdjęciu, na którym narysowany był przekrój gołębia, ale uznały po chwili (dość długiej, ale w chomiczym czasie wcale nie), że nie mają wystarczającej ilości piór do wyłożenia całej elewacji, więc podczas dalszych poszukiwań udało im się dotrzeć do obrazka przedstawiającego ruiny krzyżackiej warowni. Uznały, że starczy im materiału a brak dachu może być uciążliwy podczas deszczu, niemniej znacznie obniży koszty. 
Póki co pewnie trzeba będzie poczekać kilka ładnych lat na rozpoczęcie prac, gdyż Chomiki w procesie kopania fundamentów zmagają się z działaniem łopaty. Pierwszy podszedł do niej jak do dużego lizaka i próbuje rozpoznać smak, liżąc z zapałem szpadel. Drugi zaś zafascynowany dźwiękiem jaki wydaje łopata gdy uderzyć nią o coś, chodzi wkoło i wali nią w co popadnie, nie oszczędzając niestety Pierwszego.
I tyle by było na temat Chomiczej Fortecy. 

***

Twoje chcenia

 Ciekawe, czego byś chciała ode mnie. 

Czy chciałabyś trzymać swoją dłoń w mojej i palcami delikatnie dotykać policzka i rysować kciukiem serduszka?
Czy chciałabyś zasypiać obok i budzić się wtulona w zagłębienie mojego karku?
Czy chciałabyś zamknąć się w mojej przestrzeni i zostać w niej do końca i na zawsze?
Czy chciałabyś czekać na mnie w domu, nim wrócę z pracy, piec ciasta i smażyć racuszki?

Czy może chciałabyś mnie nigdy nie spotkać? 
Czy chciałabyś mnie nigdy nie poznać?
Czy chciałabyś, żebym nie zaistniała w Twojej przestrzeni?


A może chciałabyś zadzwonić od czasu do czasu tylko?
A może byś chciała sporadycznie wiedzieć co u mnie, podsumowując wydarzenia z minionego miesiąca albo trzech tygodni?
A może byś chciała mieć więcej przestrzeni dla siebie?
A może być wolała nie czekać już, ale pójść dalej, z kimś innym, inaczej, od nowa?


poniedziałek, 10 lutego 2014

Niedzielne różności czyli myśli na temat i nie na temat znalezione w notatniku.

Przedzieram się przez niedzielne popołudnie, powoli, z trudem popycham wskazówki zegara, żeby nadszedł wieczór. Nie chcę jutra ale też nie wiem co zrobić z rozciągającym się czasem, kładącym się w nieskończoność dnia. Próbuję czytać, maluję paznokcie, starając się cierpliwie poczekać aż wyschną, wieszam pranie, gotuję zdrowy obiad, wyglądam przez okno, patrzę na cienie na ścianie. 
Na bezludnej wyspie mojego mieszkania szukam miejsca dla siebie i trochę kręcę się jak pies, który szuka miejsca do leżenia. 
Układam klocki gry, szukając punktu zaczepienia dla myśli. Im więcej wolnej przestrzeni wokół mnie, tym usilniej pragnę ją zapełnić czymś znanym i bezpiecznym, chciałabym otulić się kochaniem. 

***

Tęsknię za miłością. Była przyjemna. Tak spokojnie było budzić się co dzień z poczuciem, że się kocha i że się jest kochanym. Wychodzić do świata z miłością na ramieniu, otuloną nią jak ciepłym, wygodnym płaszczem. 
Niedziele wydają się dłuższe bez kochania. Bardziej puste. Cichsze. Wolniejsze.

***

Chciałabym pojechać dokądś pociągiem. Oglądać zmieniające się widoki za oknem, świat, który rozciąga się na całej trasie, który zostawiam i do którego zmierzam. Chciałabym słyszeć stukot kół na torach, wypić herbatę w warsie, oglądać współpasażerów, czytać książkę, słuchać muzyki i patrzeć na to co wokół mnie, co ucieka sprzed oczu.  Otulona szalikiem chciałabym podróżować dokądś koleją. W jakieś miłe miejsce najlepiej, w którym czeka na mnie coś przyjemnego. 

***