Miesiąc temu jeszcze nie wiedziałam. Ale jeden dzień zrobił różnicę. Niecały miesiąc temu się dowiedziałam. I wszystko się pozmieniało.
Chodzę wciąż obolała, trochę kuleję, utykam czasami. Rozmasowuję wciąż posiniaczone miejsca, zmieniam opatrunki i naklejam nowe plastry. Obchodzę się ze sobą delikatnie, stawiam ostrożnie kroki, czasem się w ogóle nie ruszam, bo za bardzo o boję się, żeby znów nie zabolało.
Wieczory są najtrudniejsze. Wszystko zwalnia i widać puste miejsca. Puste po Nim. Pusta szuflada czułości, puste półki po rozmowach, zagubiony pod komodą dowcip, uschnięty żart na parapecie, kilka zdjęć w telefonie mojego własnego ciała, składanego Jemu i dla Niego tylko.
Co wieczór zapalam jedną cynamonową świeczkę, o jedną cynamonową świeczkę dalej chaosu jestem, o jedną cynamonową świeczkę bliżej spokoju.
Resztki w kieszeniach z marzeniami - pozgniatane, porwane, przybrudzone. A nowych jeszcze nie mam, jeszcze się nie wykluły.
Siadam delikatnie na legowisku, opieram policzek o poduszkę, zwijam się w kulkę i płacząc, tęsknię. Czasem mocniej czasem lżej, ale nieustająco. Zwłaszcza wieczorami.
Wciągam delikatny zapach świeczki i nabieram dużego oddechu, żeby pomóc sobie się uspokoić. Ocieram łzy, wydmuchuję nos, siadam, oddycham głębiej i czuję, że kolejna nić łącząca mnie z Nim puszcza.
Żegnaj na raty, Panie Akuratny
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz