Wczesno-wieczorna drzemka. Mokry kark i suche usta. Budzę się ze snu, odwracam na bok, oblizuję wargi, otwieram oczy. Łyk wody. Opadam na poduszkę i przez chwilę dochodzę do siebie.
Dzień Nic. Nic wielkiego się nie wydarzyło. Pranie, sprzątanie, zakupy, obiad, manikiur, czytanie, oglądanie, rozmowa przez telefon. Takie małe, proste rzeczy, od których czuję się oddzielona obojętnością, minimalnym odczuwaniem przyjemności, poczuciem zwyczajności i tęsknotą za ekscytacją.
I choć cieszę się, że już nie muszę się bać, nie boli, nie ma oczekiwania i ciągłego napięcia, to brak też tego, co było ukochane. Brak radości na spotkanie, brak oczekiwania na to, co miłe, brak współdzielenia tego Nic, które nie było Niczym, ale ważnym Czymś.
Rzeczy dzieją się tu i teraz i nie ma tego przeciągania cieszenia się przy dzieleniu ich potem z kimś. Gdy coś robię cieszę się z tego w danym momencie i na tym się ta rzecz kończy. Wcześniej, cieszyłam się nie tylko ją robiąc, ale też czekając, aż o niej opowiem a potem opowiadając. Radość była rozciągnięta i wykorzystana maksymalnie. Tego mi brak.
Brak mi tego poczucia tej Szczególnej Ważności moich rzeczy dla kogoś. Ważności nie tylko osiągnięć dużych, ale też tych małych, tych kroków w tył też, kluczenia, pomyłek, prób, smuteczków, odkryć, kolejnych przeczytanych stron, zjedzonych obiadów, pomysłów na udoskonalenie dania, nowych zapachów proszku do prania, godzin sny, godzin braku sny, lęków i małych radości.
W ten sobotni wieczór "I need a little bit of happiness"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz