Wracając do domu widziałam kangura, który jest psem. Ale dziś wyglądał jak pies, bo stał.
Po dwóch tygodniach siedzenia ( a głównie leżenia) w domu przyjemnie było się ubrać ładniej, umalować, włosy ułożyć i wyjść do ludzi.
Przyjemnie było w ich towarzystwie spędzić popołudnie, słuchając ich rozmów, opowieści, włączając się od czasu do czasu. Przyjemnie było pić herbatę i uczestniczyć w życiu innym, niż tylko to zamknięte w moich czterech ścianach.
Ale przyjemnie też było wrócić do domu, wejść do gorącej kąpieli, z książką i poczuciem, że ten dzień był naprawdę niezły i że może jednak boli trochę mniej.
Dziś moje Chomiki się zawinęły w szaliki (tak mocno, że tylko oczka było im widać), założyły po cztery pary rękawiczek (tak, na stopy też), wyciągnęły golfy z szafy (niektóre okazały się przyciasne, więc zatrzymały się na pyszczkach, więc można było darować sobie szalik, co prawda gdy ten Pierwszy odkrył instytucję szalika natychmiast chciał go wypróbować, więc zawiązał go na tym Drugim, ale zawiązał tak, że ten Drugi okazał się obwiązany od stóp po wąsiki i mógł poruszać się jedynie w rytmie pingwinim) i zdecydowały, że mogą zostać razem z moją głową wyprowadzone na spacer. Niestety, ponieważ zaparowały mi okulary, to niewiele widziały, a poza tym opadające czapki na oczy i podciągające się przyciasne golfy dodatkowo utrudniały widok. Przypuszczam, że przez pół nocy będą się teraz rozplątywać z tej odzieży, ale może jutro uda im się wymyślić coś praktyczniejszego. (ten Drugi wciąż jest pingwinem i nawet zaczyna mu się to podobać i nieśmiało domaga się ryb)
:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz