Przed czwartą nad ranem leżę, obudzona zatkanym nosem i natrętnymi myślami o pracy. Tulę się do poduszki, ale nijak nie daje się ona ułożyć. Zapalam światło i piję powoli, obolałe gardło spowalnia przełykanie. Cisza taka, że nawet kaloryfer jakby zamarł. Wszyscy śpią a ja nie i staram się uspokoić siebie, że mam dużo czasu, żeby się wyspać, bo nie muszę rano wstawać.
W ciszy świtu brak mi czegoś. Brak mi kogoś. Kogoś obok, w kogo można się wtulić, kogo można obudzić, żeby samemu nie przedzierać się przez bezsenność, kogoś, kto uspokoi, zabawi, utuli i uśpi ostatecznie.
Samotność o świcie jest bardziej wyraźna.
Nad ranem wszystko co smutne, pojedyncze, ponure i przygnębiające wydaje się bardziej obnażone i wyraźne.
Nawet Chomiki schowały się w kącik i łypały tylko niemrawo oczkami, zmrużonymi od nagle zaświeconego światła, niepewnie pocierając łapkami noski i nerwowo pociągając za wąsiki.
Usnęłam, śniąc męczący sen w wielkich przestrzeniach, pełnych chorych ludzi, starych schodów, podejrzanych typów i pszczół, które niby sztuczne a kąsały naprawdę.
"I nieobecność ich głosów przekształca się w samotność, która przekształca się w bezsilność, która zmienia się w smutek." Mons Kallentoft, Jesienna Sonata

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz