Zgodnie z przewidywaniami, nastrój uległ poprawie. Wysłuchałam arcyciekawego wykładu o funkcjonowaniu mózgu, neuronach i przestymulowaniu, energii elektrycznej wytwarzanej przez ciało, reprodukcji i czemu lepiej jednak nie mieć dzieci, o deficytach i zmianie osobowości osób z chorobami dotykającymi mózg, a wszystko opakowane w ładnie brzmiące i logicznie wypowiedziane słowa oraz popite pyszną, prawdziwą czekoladą na gorąco.
Do tego spacer po mieście i obserwacja "niedzielnych rodzin". On pcha wózek, dumnie prężąc pierś, spełniając się w roli jednodniowego ojca, ona sinoblada drepcze obok, nerwowo patrząc, czy on na pewno dobrze ten wózek pcha. Ubrani niedzielnie - wypastowane adidasy, kozaczek do odprasowanych dżinsów.
Oprócz "niedzielnych rodzin" na spacery wylegają grzeczni randkowicze. Nieśmiali, obnażeni światłem dnia, oni próbują być zabawni, one spoglądają spod rzęs, obydwoje zaś energicznie w głowach próbują znaleźć wymówkę, usprawiedliwiającą rychłe zakończenie spotkania.
Są też pary w wieku zbliżającym się do starszego. Ubrani w futra, jesionki, płaszcze i kapelusze, spacerują godnym, powolnym krokiem po kocich łbach, z wyższością spoglądając na innych wokół, wzrokiem sugerującym uznawanie innych ludzi za motłoch i tłuszczę.
Nie brakuje też nastolatków - tych z pomysłem na to, co robić i tych bez. Ci bez snują się w tę i we w tę, chodząc grupkami, spoglądając spode łba i myśląc, czy zjeść kebaba czy frytki. Ci z pomysłem kupują sobie balony, robią słit focie na tle kamieniczek, głośno się śmieją, biegają, podskakują i wyglądają, jakby nie istniało nic więcej, poza nimi samymi.
To było bardzo miłe popołudnie. Bardzo stymulujące spotkanie, poszerzające perspektywę patrzenia na człowieka zarówno od strony funkcjonowania biologicznego jak i jego egzystencji społeczno-emocjonalnej.
***
Co zastanowiło mnie dziś to to, że walentynki mimo ataku serduszek, zakochania i wszechogarniającego cały sparowany świat szczęścia, przeszłam bez ani jednej łzy, a za to niedziele nastrajają mnie refleksyjnie, wywołują z kątów smuteczki i proszą się o dodatkową porcję głasków.
***
Dziś szczególną uwagę zwróciłam na określenie "wracać do siebie". Nabrało ono nowego znaczenia. "Wracać do siebie" nie tylko w sensie powrotu do domu, do miejsca, gdzie mam swoje rzeczy, ale do siebie w sensie swojego wewnętrznego "ja", do siebie w sensie samej mnie, tej w środku, jej marzeń, pragnień, chceń, potrzeb, do świata mojego, składającego się z tego co lubię, czego nie lubię, do świata, w którym marzę, czytam, piję herbatę, jem banany i układam się wygodnie na legowisku. I nie jest to to samo, co "dochodzić do siebie". "Wracać do siebie" jest zagłębianiem się w siebie po konfrontacji z całym światem zewnętrznym, po konfrontacji z ludźmi, zdarzeniami, wszelkimi bodźcami, które istnieją poza mną i jakoś na mnie oddziałują, ale od który mogę zostawić i "wrócić do siebie".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz