* * *
Przemarznięte dłonie grzeję w pianie, przewracam kolejną stronę, zagubiona próbuję dopłynąć do brzegu wanny. Opieram policzek na swojej dłoni, która mocno trzyma się krawędzi. Tak chwiejna jest teraz moja równowaga. Łzy trwają wciąż w pogotowiu, na baczność z tyły oczu się czają. Czekam na sen i wtedy cicho łkam w poduszkę, żeby nie obudzić nikogo.
Rozglądam się i patrzę i chcę więcej i dużo dobrego, objąć, przytulić, zanurzyć się pomiędzy ciepłym gestem, dowcipem, słowami, które czytam; namacalnie wreszcie móc sobie być i odetchnąć głęboko i zasnąć spokojnie, bez oczekiwania, bez lęku, bez poczucia braku i tęsknoty.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz