czwartek, 23 stycznia 2014

O Dziku, który był Reniferem

Dzik Tadeusz miał 5 lat i mieszkał w piwnicy, a czasem na balkonie. Mieszkał na balkonie głównie zimową porą, kiedy nadchodziły święta i całe miasteczko stroiło się w światełka, migające lampki i wszelkie błyszczące ozdoby i błyskające rzeźby z drutu. Pomagano wówczas Tadziowi dojść po stromych schodach z piwnicy na balkon kamienicy przy ulicy Armii Krajowej. Strojono choinkę, którą ustawiano obok Tadzia i zarówno na niego jak i na nią nakładano długie metry świecących światełek. I wówczas zaczynała się przemiana Tadzia z Dzika w Renifera. Albowiem doczepiano Tadziowi rogi - świecące, zielone rogi, podobne kolorem do gałązek choinki, czasem stapiające się z nią i wówczas właśnie można było dostrzec, że Tadzik jest tak naprawdę Dzikiem a nie Reniferem. 
Przez wiele lat mieszkał przez cały rok w piwnicy, przenoszono go tylko z kąta w kąt przy okazji porządków, i zdejmowano wówczas z niego pajęczyny. Ale przemiany ekonomiczne lat 90-tych XX wieku oraz otwarcie granic nie pozostało bez wpływu na los Tadzia. I tak oto jego właściciele, kierując się oszczędnością i sprytem zaczęli przerabiać Tadzia z Dzika na Renifera. 
Dzik Tadzio bowiem wcześniej z dumą zapraszał do karczmy, mieszczącej się tuż przy wjeździe do miasteczka. Ale te same przemiany, które sprowokowały pojawienia się Renifera, sprawiły, że karczma przy wjeździe przestała się opłacać, bo nie dotowało jej już dłużej ani państwo ani przepastne kieszenie lokalnych urzędników, więc musiała zamknąć podwoje i od kuzyna przez stryjenkę Dzik zawędrował do piwnicy przy ulicy Armii Krajowej. 

Pamiętam ten balkon, jak mijałyśmy go, idąc na dworzec. I jak się śmiałaś ze mnie, że jak zwykle wymyślam bzdury, ale co przyjemne - lubiłaś to wymyślanie i co jest jeszcze fajniejsze - sama je wymyślałaś wraz ze mną. 

Nadal w domu pod kołdrą, grzeję stopy termoforem, piję ciepłą wodę, leżę, całkiem sporo czytam, palę zapachową świeczkę cynamonową, podkręciłam kaloryfer, żeby nagrzał pokój po nocy, patrzę na mróz za oknem i całkiem nawet się cieszę, że nie muszę dziś wychodzić. 

Ale boję się trochę tego chorowania, boję się zamknięcia w swoim świecie ze wspomnieniami Ciebie, boję się, że w poniedziałek nie będę chciała wyjść z domu, że będzie trudniej się zebrać, ogarnąć, uporządkować, włos, makijaż, zestaw ubraniowy.. Chociaż może nie. Może będę chciała już wyjść, do ludzi, do działań, oderwać się na moment od samej siebie, powoli krok postawić jeden przed drugim i niepewnie jeszcze, z obawą może, ale pójść choć trochę do przodu. 

Mając Jego-Ciebie łatwiej było mierzyć się z przyszłością, bo nie byłam w niej sama i perspektywa wspólnego bycia ułatwiała, ustawiała priorytety, nadawała kierunek i motywowała do działania.  A teraz trzeba perspektywę na samą siebie ustawić, znów zadać pytanie, czego ja sama w tym nowym układzie chcę, potrzebuję, i samą siebie przekonać znów, że dam rade, że nie ma czego się obawiać, i że przecież nie jestem sama tak całkiem, bo dużo ludzi wokół mnie, którzy pomogą, jeśli trzeba będzie. 

Wracam pod kołdrę, może uda się podrzemać i choć trochę odpocząć po nocy, przerywanej wstawaniem i abstrakcyjnymi snami. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz