Śmierć zamieszkała w moim pokoju. Codziennie witała mnie rano i tuliła do snu. Patrzyła mi w oczy przy kolacji, pomagała kroić warzywa do obiadu i posypywała solą jajka na śniadanie.
Siedziała obok mnie w autobusie, jechała na wakacje, nawet przeszła kontrolę paszportową w drodze za granicę (przepuścili ją, ma paszport dyplomatyczny - może się dostać wszędzie).
Trzymała mnie za rękę, opierała głowę na moim ramieniu i podawała chusteczkę, gdy ocierałam łzy.
Z czasem zrobiłam jej miejsce obok siebie na materacu, nie rozpychała się, trzeba jej to przyznać i nie miała żadnych specjalnych wymagań, dotyczących pościeli albo strony łóżka, z której wolała spać.
Przez nią płakałam, bałam się i wciąż byłam czujna.
Pewnego dnia spakowała walizki, pozbierała swoje drobiazgi i odeszła bez słowa, trzaskając drzwiami.
Dotykam pustych miejsc, które po niej zostały. Patrzę na wolne wieszaki w szafie, pustą połowę łóżka, słucham ciszy przy śniadaniu i jem niedosolone jajka.
Poczułam nagle, że mogę głębiej oddychać, śpię spokojniej, nikt nie ściąga ze mnie kołdry.
Ciszej w domu jest teraz. Nie słychać kłótni, sporów, argumentów, strachu, płaczu, niepewności i bezsilności.
Wraz z Nim odeszła. Wraz z Nim na zawsze.
Goodbye Death
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz