Tracę nastrój z comiesięcznym endometrium. Obolała i śpiąca jestem bardziej podatna na falę wspomnień. Męczące sny - istne pomieszanie z poplątaniem.
Dziś zbliżam się do samotności, zaprzyjaźniam się z nią i owijam jej szalem, grzejąc w nim dłonie. Ograniczam bodźce zewnętrzne do minimum, chowam się trochę przed światem, patrzę na niego zza półprzymkniętych powiek, odpływam we własnych wspomnieniach, chowam nos w golf i pozwalam łzom spływać po policzkach.
Wiem, że przepraszasz, że żałujesz, że Ci niezręcznie jest, że poczucie winy czasem zadrapie mocniej pazurem, zaczepi i zerwie naskórek. Wiem, że chcesz coś zrobić, cokolwiek, żeby było lepiej. Wiem, że nic nie da się zrobić, bo nie cofniemy czasu, nie oddasz mi wypłakanych łez, siły zużytej na walkę z lękiem, czasu straconego na czekanie, energii zużytkowanej na przezwyciężanie rozczarowań.
Te spiętrzone na sobie, wielowarstwowe kłamstwa, które chciałabym zamknąć w jednym, nie rozdrabniać, nie rozkładać na części pierwsze. Uogólnić, ustosunkować się, pójść dalej.
Powracające wspomnienia tego, co było, przykładane do tego, co wiem teraz. Rozmijająca się rzeczywistość, dno pod dnem, wielopoziomowość jednej rzeczywistości, bałagan myśli.
Czasem wydaje mi się, że wypływam już na powierzchnię, że już łapię dobry kurs, że już wiem, że już za sobą zostawiłam. A potem pojawia się fala wspomnień, jedna mała myśl, zawieje skojarzeniem i znów zapadam się, powierzchnia zamyka się nade mną.
Wciąż dochodzę do jednego wniosku - trzeba czasu. Z czasem przejdzie, przewali się, przepłacze, prześni, przeminie, przesunie, przezłości, przeżali, przesmuci.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz